W czasach niepokoju spotkaliśmy się z Polą i Adamem w słonecznym salonie rodziców gitarzysty. Muzyczny duet wyjechał z Wrocławia na wieś, by odpocząć i tworzyć nowe utwory. My na chwilę weszliśmy w ich prywatność, by poznać zaplecze transbluesowego świata, pogadać o nowym materiale, sytuacji kultury podczas pandemii oraz pracy na własnych warunkach.

Z Polą i Adamem znamy się już od jakiegoś czasu. Podczas naszych dziennikarsko-muzycznych spotkań zawsze zwracaliśmy uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze — muzykę. W połączeniu tradycyjnego bluesa ze współczesną alternatywą jest coś hipnotyzującego. W grze Adama słychać, że historię bluesa ma w małym palcu. Z jednej strony duet brzmi klasycznie, ale przez transujący wokal Poli również bardzo świeżo.

Drugą rzeczą, za każdym razem rzucającą nam się w oczy, był entuzjazm, którym Pola i Adam potrafią zarażać. Chociaż doskonale wiemy, że to bardzo pogodne osoby, kiedy umawialiśmy się na rozmowę, spodziewaliśmy się narzekań, które — nie ukrywajmy — w przypadku zespołu właśnie wchodzącego do pierwszej polskiej ligi byłyby uzasadnione. Możnaby żalić się na epidemię, która zastopowała entuzjastycznie przyjętą trasę koncertową, na znów “zapominający” o artystach rząd, czy na kwarantannę, która ograniczyła możliwości nagrywania nowego materiału. Znów jednak bardzo pozytywnie się zaskoczyliśmy.

fot.: Damien Niemczal

Pola Chobot & Adam Baran: zawsze na własnych warunkach

Joanna: W jednym z wywiadów zdradziliście, że na początku izolacji przeżywaliście kryzys twórczy. A jednak potem zaczęliście tworzyć nowe rzeczy. Czy w trakcie tych miesięcy powstało już coś, co możecie zapowiedzieć?

Pola: Kiedy odcięliśmy się od otoczenia, początkowo zajęliśmy się prozaicznymi kwestiami, na które wcześniej zawsze brakowało nam czasu. Sprzątaliśmy, ja odświeżyłam “dziewczyńskie” sprawy, a Adam zaczął gotować. Gdy wyczerpały się przyziemne sytuacje, rzuciliśmy się w wir tworzenia. Skończyło się na tym, że właściwie mamy gotowy materiał na nową płytę. W maju planowaliśmy wkroczyć do studia i nowymi sposobami rejestrować numer. Jednak jak w nowych czasach rejestrować utwory? Jaki model pracy wybrać? Jeszcze się nad tym zastanawiamy, ale być może już na przełomie czerwca i lipca będziemy nagrywać pierwszą turę. To jeszcze nic pewnego, ale odpowiadając na twoje pytanie: tak, planujemy wypuścić coś w tym roku.

Joanna: Zaprosicie do nagrywek ciekawe postaci polskiej sceny? Przy debiucie byli to Magdalena Sowul i Romek Puchowski.

Pola: Nadal interesuje nas organiczność. Na pewno będziemy chcieli poszerzać skład o dwa kobiece głosy i może dodamy instrument klawiszowy. Trochę się to jeszcze pewnie pozmienia, bo w muzyce ujmuje nas naprawdę bardzo dużo rzeczy! Nie wyobrażamy sobie braku eksperymentowania i poszerzenia granic. Gdybyśmy nie szukali dalej, byłoby to dla nas po prostu nudne.


Witold: Występowaliście na bluesowych festiwalach, zostaliście odkryciem roku 2017 według czytelników pisma “Twój Blues”, na płytę zaprosiliście Romka Puchowskiego, jako inspiracje wymieniacie Muddy Watersa czy Skip Jamesa, ale sprzeciwiacie się, gdy ktoś określa Waszą płytę jako bluesową. Dlaczego?

Adam: Określenie “bluesowa płyta” jest dość hermetyczne, a na płycie jest również mnóstwo inspiracji odległą od bluesa muzyką. Słowo “blues” w Polsce kojarzy się najczęściej z brytyjskim blues-rockiem i inwazją lat 60. W naszej twórczości bardziej odwołujemy się do bluesa z lat 20. i 30. — takich brudniejszych rzeczy, trzeszczących płyt winylowych.

Pola: To był dla nas punkt wyjścia i powtarzamy to przy każdej okazji. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nawet jeśli się nie lubi szuflad i nie chce opisywać własnej muzyki, należałoby jakoś określić tę muzykę potencjalnym odbiorcom. Dlatego czasem używaliśmy słowa “bluesowość”, które bywa problematyczne — często po prostu źle, albo zbyt jednoznacznie się kojarzy. Czasem od rozmówcy słyszałam, że blues to jednak nie za bardzo w jego guście, natomiast po przesłuchaniu płyty wracał z entuzjazmem i opinią, że te piosenki to przecież nie jest blues. Analogicznie docierały do nas opinie odwrotne — niektórzy bywali i są zwyczajnie zawiedzeni, że na płycie tego bluesa nie ma, albo że nie jest taki, jakiego się spodziewali. Wyobrażam sobie, że po włączeniu tej płyty może pojawić się pewien dysonans poznawczy. Ale ja to w nas lubię. To nam pozostawia ogromne pole do rozwoju i poszukiwań. Aktualnie na pytanie, jakiej muzyki mogę się po was spodziewać, odpowiadam — autorskiej. 

Witod: Nie obawialiście się, że będziecie zbyt nowocześni na festiwale bluesowe i zbyt bluesowi dla fanów współczesnych dźwięków?

Pola: Oczywiście, że tak! Mieliśmy takie myśli, ale uznaliśmy, że jako debiutanci nie mamy nic do stracenia. Zaryzykowaliśmy. Zauważyliśmy jednak, że po premierze płyty obniżyła się średnia wieku naszych słuchaczy. Za sprawą tego albumu udało nam się zbudować mały fanbase poniżej 30. roku życia, bardziej zainteresowany nową polską muzą. Liczę, że przy drugiej płycie nie będę musiała już stygmatyzować się jakąś wyrazistą etykietą, muzyka zrobi to po prostu sama, za mnie. 

Adam: Dla nas jest to atutem, bo wśród tego pokolenia trudniej jest znaleźć tak zwanego “konserwatywnego słuchacza”. W naszym wieku ludzie słuchają jazzu, ale nie mają problemu z popem i rapsami. Subkultury zanikają, istnieje miszmasz gatunkowy i to jest okej! Konserwatyzm w muzyce jest bardziej charakterystyczny dla starszego pokolenia. A my chcieliśmy wyjść poza to.

Witold: Na drugiej płycie też będziecie kontynuować takie przekorne podejście?

Pola: Oczywiście, jesteśmy bardzo rozochoceni! Brak oczekiwań wobec samych siebie daje olbrzymią wolność w działaniu. Czujemy się bardzo nagrodzeni jeśli chodzi o debiut, choć nie odniósł on komercyjnego sukcesu. Kiedy myślę o kilku koncertach, które zdążyły się odbyć, autentycznie napływają mi łzy wzruszenia. Ludzie kupowali bilety i przychodzili specjalnie na nas, a w krakowskiej Lunecie sprzedaliśmy całe pudełko płyt. Do tamtej pory nie wiedzieliśmy o tym, że powstała taka grupa wielbicieli. Dzięki trasie przekonaliśmy się, że metoda, którą chcemy pracować, czyli zagrać te tysiąc koncertów, ale zawsze na własnych warunkach, z miesiąca na miesiąc przynosi efekty. Mamy słuchaczy zainteresowanych, świadomych i ciekawych. Mamy powera do roboty i kontynuowania drogi, którą sobie wyznaczyliśmy. Jest mozolna i wymaga ogromnej energii, ale to nasz wybór. Bierzemy za niego pełną odpowiedzialność. 

Adam: Zresztą, my sami jako słuchacze bardzo lubimy artystów, którzy ciągle się zmieniają i robią z płyty na płytę inną rzecz — na przykład Radiohead, Bjork czy nasz polski Hey. Ludzie za nimi idą, bo są tych zmian ciekawi, są nimi zaintrygowani.

Witold: Znamienne jest to, że wszyscy wymienieni przez ciebie artyści mimo tych zmian zachowali własną tożsamość.

Pola: To jest trudne, ale poczucie, że działasz w zgodzie ze sobą, daje bardzo dużo spokoju podczas tworzenia. Odchodzi wtedy ta paranoiczna i zła myśl, o spełnianiu czyichś oczekiwań, która pojawia się czasem w chwilach słabości. 

Joanna: Kilka razy wspominałaś o założeniach towarzyszącym waszej twórczości — czy waszą główną ideą była kwestia niezależności? 

Pola: To raczej była kwestia szczerości — z sobą i własną tożsamością. Choć przyznam, że niestety nie udało nam się to w kilku kwestiach, chociażby graficznych. Nie tak wyobrażałam sobie ten album, jednak zabrakło mi…

Adam: Uporczywości… (śmiech)

Pola: Właśnie! Oddałam część pracy innym i był to mój błąd, ale wyciągnęłam z tego wiele wniosków. Między nami a osobami współtworzącym różne elementy promocyjne musi być stuprocentowa zgodność i zbliżone wrażliwości. Zadbam o wszystkie niuanse i zredukuję zespół do minimum. To była podróż, która przyniosła masę doświadczeń.

Joanna: Niejednokrotnie podkreślaliście, że macie dwie różne osobowości. Co każde z was wnosi do muzyki, poza oczywistymi kwestiami wokalno-instrumentalnymi?

Pola: Wbrew pozorom chodzi mniej więcej o to samo. Gdy obawiam się jakiegoś środka, Adam przychodzi mi z pomocą. I bywa też odwrotnie. Udało nam się stworzyć duet, który uzupełnia się na wielu płaszczyznach. Nie możemy nawet określić, kto jest większym ryzykantem, a kto bardziej dba o pilnowanie sfery tak zwanego muzycznego bezpieczeństwa.

Adam: Wszystko zależy od dnia, jednak zazwyczaj nasze pomysły spotykają się i wtedy idziemy do przodu.

Pola: Wypracowaliśmy sobie świetny system komunikacji. Poza tym naprawdę dużo rozmawiamy o muzyce!

fot.: Damien Niemczal

Witold: Wróćmy jeszcze do bardzo aktualnych wydarzeń. Spytam wprost: co wam zabrał koronawirus?

Pola: Ten rok nas strasznie przeorał. Covid-19 przerwał nam trasę, ale w pewnym sensie dobrze się stało. Mamy kilka prywatnych kwestii, którymi i tak musielibyśmy się zająć w najbliższym czasie, więc w naszym przypadku ryzyko przerwania trasy i tak występowało.

Adam: Ostatnio rozmawialiśmy o tym, że przed pandemią ludzie zaczęli na nowo chodzić na koncerty — było wiele sold-outów i osób na koncertach. Obawiam się, że po sytuacji covidowej słuchacze znowu przestaną na te wydarzenia chodzić. I nawet nie będzie to kwestia ich strachu, ale bardziej ich sytuacji ekonomicznej. 

Joanna: I nie wiadomo jak długo w obecnej sytuacji wytrzyma infrastruktura branży koncertowej. Zastanawiam się często: czy będzie do czego wracać?

Adam: My muzycy jakoś damy sobie radę. Część z nas będzie udzielać lekcji, pojeździ Uberem albo Boltem i przetrwamy, ale — tak, jak mówisz — gorzej sytuacja ma się z infrastrukturą czy koncertami. Za rok będziemy mogli grać koncerty, gorzej jeśli kluby będą niewypłacalne.

Witold: Właśnie — to chyba pytanie retoryczne, ale muszę spytać: jak oceniacie działania rządu odnośnie branży kultury w tym czasie?Pola: Nasza sytuacja się nie zmienia, jesteśmy grupą społeczną, która żadnej władzy nie obchodzi. Rzadko kiedy nas się dofinansowuje czy ubezpiecza. Nie miałam żadnych oczekiwań wobec rządu jeśli chodzi o naszą branżę, bo przyzwyczaiłam się do tego, że my naprawdę jesteśmy traktowani bardzo marginalnie. Cały czas jednak szukam rozwiązań, pomocy z Ministerstwa Kultury, więc kto wie — może niebawem dostanę gruby hajs za odwołane dwadzieścia koncertów? (śmiech)

fot.: Damien Niemczal

Rozmowa i tekst: Joanna Hała i Witold Regulski

Redakcja: Jola Kikiewicz

Zdjęcia: Damien Niemczal