Tematem przewodnim tegorocznej edycji Tak Brzmi Miasto były pieniądze w branży muzycznej. Już pierwsze dwa panele pokazały, że na polskim rynku istnieje kilka jasno określonych stanowisk – większość muzyków i innych osób działających w branży wprost wyraża poglądy na obecną różnorodną sytuację, bez ogródek argumentując je własnymi doświadczeniami.

Praca u podstaw – edukacja nie istnieje
Polski system szkolnictwa kuleje pod względem edukacji artystycznej – a raczej należałoby stwierdzić, że jej wymiar jest obecnie znikomy. Ma to kolosalny wpływ na zdolność społeczeństwa do odbierania i przeżywania kultury. Co roku trąbi się o tym przy okazji narodowych badań czytelnictwa, jednak nie można pominąć tej kwestii również podczas omawiania sytuacji polskiego rynku muzycznego.


Na panelu „Jak (wy)żyć z muzyki, z muzyką, w muzyce XXI w.?” Tomasz Lipiński zaznaczał, że ogrom kapitału finansowego generowanego przez disco polo jest bezpośrednio powiązany z brakiem edukacji muzycznej. Jednak celem wprowadzenia programu nauczania teorii praktyki i muzyki nie może być wyłącznie chęć szkolenia wirtuozów, ale przede wszystkim zwiększanie świadomości społeczeństwa w tej dziedzinie:
– Nasz własny polski produkt pod tytułem „disco polo” jest skutkiem braku elementarnej edukacji muzycznej. Gdyby ci ludzie przeszli pewną edukacyjną drogę, to nawet grając taneczną muzykę robiliby to znacznie ciekawiej i lepiej. Mielibyśmy disco polo, które nie bolałoby tak bardzo, jak boli dzisiaj. Obecna sytuacja wynika wyłącznie z braku wiedzy – mówił Lipiński.

Według raportu z 2009 roku zatytułowanego Arts and Cultural Education at School in Europe dekadę temu w Polsce przeznaczało się średnio 120 godzin rocznie na uczenie muzyki i plastyki w klasach IV-VI, podczas gdy w Niemczech średnia ta wynosiła 330 godzin, a w Danii aż 670. Nie bez powodu na panelu padł przykład Szwecji, w której od najwcześniejszych etapów edukacji kładzie się nacisk na lekcje muzyki czy plastyki. Oczywistą konsekwencją jest większa świadomość społeczna Skandynawów dotycząca nie tylko czytania tekstów kultury, ale także uczestnictwa w kulturze. Na rynku muzycznym Szwecja jest gigantem: od metalu, poprzez pochodzące stamtąd legendy popu, aż po elektronikę, jazz i produkcję muzyczną.

Nie ma infrastruktury, więc nie ma ludzi
Nie można mówić o pieniądzach w biznesie muzycznym bez wspominania o infrastrukturze, a tej w Polsce ewidentnie brakuje. Chociaż w przeciągu kilku ostatnich lat coraz bardziej zbliżamy się do rynków zachodnich, wciąż obecna jest tzw. wolna amerykanka, nachalny networking, a także zaradność w stylu DIY, której artyści muszą się nauczyć. Ma to swoje plusy, bo niektórzy twórcy dzięki temu zyskują różnorodne kompetencje. Jednak brak struktury to brak odpowiednich pracowników, którzy specjalizują się w danej dziedzinie, o czym również była mowa podczas sobotnich paneli. Na polskim rynku brakuje producentów muzycznych dla konkretnych gatunków, co sprawia, że na barkach muzyków często spoczywa nie tylko pisanie muzyki i tekstów, ale również jej produkcja.


Brakuje także menagerów, co zauważają nie tylko zagubieni muzycy, ale także dziennikarze czy organizatorzy eventów. Ten sam wątek pojawił się w naszej kwietniowej rozmowie z Tomkiem Waśko – zespoły nie wiedzą, jak dobrze konstruować i adresować zgłoszenia na showcase. Muszą robić to samodzielnie, więc poruszają się po omacku. Brak właściwej infrastruktury zmusza wykonawców do tego, aby jednocześnie pełnili funkcję twórcy, managera, marketingowca, PR-owca, a także specjalisty od social media i prawnika. Zgodnie z prawem dżungli rynku kapitalistycznego, niektórzy poradzą sobie we wszechobecnym chaosie, jednak wielu artystów zmarnuje swój potencjał, siły i pieniądze na zadania, które powinny być przydzielone specjalistom z innych dziedzin.

Kwestia infrastruktury to nie tylko potrzeba pojawienia się specjalistów różnych segmentów branży muzycznej, ale także wsparcia państwa i samorządów. Podobnie jak w przypadku nieistniejącej edukacji muzycznej, państwo i samorządy zawodzą na poziomie dbania o lokalne wydarzenia kulturalne, co w jednej z rozmów wytknięto także władzom Krakowa. W kontekście tego interesujące są słowa, które – jakby w kontrze – padły podczas niedzielnego panelu „Wpływ dotowania kultury na jej rozwój” z ust Marka Hojdy. Dyrektor Music Export Poland stwierdził, że stolica Małopolski i tak ma szczęście, bo obok Katowic, Lublina czy Poznania wykazuje zainteresowanie kulturą i przeznacza na nią około 5% budżetu miasta.

Zrobić w Polsce Szwecję, ale nie do końca
W podejściu gości paneli – muzyków, przedstawicieli wytwórni, organizatorów eventowych – uderzały pewne sprzeczności. Apelowano o pomoc struktur samorządowych i przestrzegano przed brakiem projektów edukacyjnych, słabością systemu szkolnictwa, lecz w tym samym czasie rozmawiano o problemach głównie w kontekście indywidualnej odpowiedzialności artysty za odnalezienie się w biznesowym świecie. A przecież kraje zachodnie takie jak Szwecja i Niemcy, na które chętnie się powołujemy, to nie tylko edukacja na etapie szkolnym, ale właśnie złożony system dofinansowań, z którego chętnie korzystają także osoby z innych krajów. MIN t opowiadała nam o państwowych stypendiach dla młodych, rokujących muzyków mieszkających w Berlinie.

Jeżeli chcemy stworzyć państwową i samorządową infrastrukturę, a także kłaść nacisk na edukację, krytyka nie może być skierowana głównie w kierunku muzyków, którzy nie są w stanie indywidualnie nawiązywać relacji z prominentnymi biznesami. Takie mechanizmy są charakterystyczne dla aktualnego czasu realnego kapitalizmu, lecz infrastruktura sektora kultury w państwach takich jak Szwecja, to przynajmniej projekt socjalno-demokratyczny, jeśli nie po prostu socjalistyczny. Nie można zaaplikować na warunki polskie wzorców tego typu, bez krytycznego podejścia do rynku kapitalistycznego.

Edukacja artystyczna jest koniecznym krokiem w stronę poprawy tej sytuacji, również w trosce o przyszłość polskiej branży muzycznej. Jednak nie można pozostawiać artystów samym sobie w momencie, kiedy edukację kończą – wtedy zostaje im jedynie dostosowanie się do wolnorynkowego prawa dżungli.

Mizoginia i kwestia finansowa
Skoro pojawiły się wątki braku wsparcia samorządów, infrastruktury i edukacji artystycznej, nie mogło zabraknąć kwestii równości płac i równych szans. Szczegółowo  podczas panelu otwierającego konferencję na temat wypowiedział się głównie Tomasz Lipiński, słusznie zwracając uwagę na powszechne w branży powierzchowne wsparcie dla kobiet czy osób LGBT+, przy jednoczesnym przyklaskiwaniu mizoginistycznym zachowaniom. Co ciekawe, kilka razy i z ust różnych artystek padły „żartobliwe” stwierdzenia dotyczące szczególnych potrzeb kobiet związanych z muzyką: bo przecież potrzebne są jeszcze sukienki i buty. Prelegentki uznawały to za znaczący (choć pozornie ironicznie wypowiedziany) argument w dyskusji o finansach. Dla nas tego typu komentarze – szczególnie, gdy padają z ust kobiet w kontekście równościowym – są dowodem na głęboko zakorzeniony mizoginizm. Szkoda, że tak właśnie wygląda obecnie sytuacja rozmowy w kwestii równości płac na polskim muzycznym. Kobiety mogłyby same przestać się podkopywać, bo nic nie boli nas bardziej, niż frywolizacja tak ważnego dyskursu.

W bałaganie nadzieja
To właśnie fakt, że można polemizować z wypowiedziami wielu gości, jest niezaprzeczalnym osiągnięciem Tak Brzmi Miasto. Bo sytuacja na rynku nie ulegnie zmianie bez wcześniejszych rozmów, dyskusji, analiz, krytyki, dopowiadania kolejnych doświadczeń, wystosowywania postulatów czy nawet zażaleń. Dlatego różnorodność głosów na panelach i wywoływanie dyskusji o problemach – nawet, jeżeli odbywała się ona w kuluarach – to pierwszy krok do ich rozwiązania. Być może jest to właśnie początek drogi do tego, by w przyszłości jak najwięcej muzyków mogło ugryźć kanapki z hajsem.

 

Autorką tekstu jest Jolanta Kikiewicz.

Redakcja tekstu: Joanna Hała i Witold Regulski

Zdjęcia: Natalia Bajek