“Jeśli nie mogę tańczyć, to nie jest moja rewolucja” – Emma Goldman

Ten tekst miał być radosnym, afirmatywnym zestawieniem coming outów i celebrowaniem widoczności osób nieheteronormatywnych w polskiej współczesnej muzyce. Być może “zestawienie coming outów” brzmi dziwnie – jakby za temat zabrała się osoba praktykująca jednocześnie dziennikarstwo i marketing (tak, wywołuję samą siebię do tablicy). Sklejałam zestawienie tych sylwetek z radosnym nastawieniem, w stanie umysłu, w którym na myśl o #Pride nuci się Ewrynajt z Sopotu i z tęsknotą wyczekuje momentu, kiedy Mandaryna popłynie z głośników podczas Marszów Równości przesuniętych na przyszły rok.

Pierwotnym zamiarem było więc stworzenie inspirującej kompilacji, przypominającej o osobach polskiej muzyki, które nie bały się wyoutować. Tegoroczny miesiąc Pride miał być czymś ciepłym, miłym i poniekąd bezpiecznym. Czymś, czego potrzebowaliśmy jak spragniony wody w pełnym turbulencji 2020 roku. Jednak wydarzenia ostatnich dni dla mnie (i z pewnością nie tylko dla mnie) drastycznie zmieniły wydźwięk tego typu tekstów. 

Pojawia się mnóstwo reakcji wspierających i afirmujących osoby LGBT+, zarówno z wnętrza samego środowiska, jak i spoza niego. Wiele osób wprost deklaruje się jako allies. Każda kolejna pozytywna reakcja sprawia, że przetrwanie dla osób LGBT+ jest choć trochę łatwiejsze. Używam słowa “przetrwać”, bo w tak bezlitosnym klimacie jaki mamy obecnie w Polsce, funkcjonowanie zbyt często graniczy z przetrwaniem. 

Sama wiszę w środku skrótu LGBT+ i odbieram obecną sytuację personalnie. Nie będę nawet udawać, że jestem w stanie się zdystansować do dehumanizacji ze strony rządzących. Nie mam ochoty prowadzić w tym momencie dyskusji o dyskursach i racjach użytkowanego języka, mam ochotę tupać w podłogę i skakać ze złości. 

Myślałam, że wstęp do tego tekstu w ramach Pride będzie właśnie lekko zdystansowany, spokojny, że będę mogła rozdłubywać różne konteksty bazując na fundamencie osobistych doświadczeń i teoretycznej wiedzy. To brzmiało przyjemnie, spokojnie, trochę nonszalancko – bo przecież estetyka dla osoby piszącej jest równie ważna, co reszta przekazu. 

Chciałam popłynąć dekadencko w trakcie pisania, w przyjemnym nastroju, jakiego brakowało mi przy pracy twórczej podczas pandemii. Myślałam, że będę mogła połączyć muzyczne aspekty i kwestie LGBT+ z osobistą sytuacją mojej płynnej orientacji, która obecnie lawiruje od biseksualizmu do queer. Że przedstawianie i przyglądanie się indywidualnej płynności będzie świetnym przyczynkiem do pisania o muzyce.

Okazało się, że ta perspektywa musi poczekać. Przyjdzie czas i na ten tekst, ale teraz jesteśmy zmuszeni do zdecydowanego zajmowania konkretnego stanowiska i do ostrego przeciwstawiania się aktywnemu odczłowieczaniu żywych, oddychających, czujących ludzi. 

Wyzwolenie LGBT+ jest ogromnej mierze zasługą powstania w klubie gejowskim Stonewall z 1969 roku, a 28 czerwca będziemy obchodzić 51 rocznicę tego buntu. 

13 czerwca minęły także 4 lata od makabrycznej strzelaniny w klubie Pulse w Orlando, gdzie terrorysta zabił 49 osób.

Kiedy grupa polskich aktywistów zorganizowała 12 czerwca taniec disco pod Pałacem Prezydenckim w odpowiedzi na nienawistne wypowiedzi rządzących, wylała się na nich fala hejtu. Pojawiły się też absurdalne insynuacje, że to prawicowa prowokacja. 

A przecież to zwykła próba bycia razem, w bezpiecznej wspólnocie, przy disco, które towarzyszy osobom LGBT+ już od wielu dekad – disco to stan ducha i nie ma historii wyzwolenia LGBT+ bez disco. 

Więc nie dziwcie się nam, kiedy mówimy: jeśli nie mogę tańczyć, to nie jest moja rewolucja.

Oby polska scena klubów LGBT+, tak nierozerwalnie związana z muzyką, nigdy nie musiała bronić się siłowym buntem. Obyśmy nigdy nie musieli obchodzić rocznicy strzelaniny w miejscu, gdzie chcemy odczuć istnienie wspólnoty chociaż przez kilka przetańczonych razem godzin.

Dlatego w dzisiejszej sytuacji opowiadanie o osobach, które zdecydowały się wyoutować publicznie jest jakiegoś rodzaju powinnością. Żeby przypominać sobie, jak wygląda normalizacja i że jest istotna także dla procesu zmiany nastawienia do osób LGBT+ w konkretnym środowisku, w tym wypadku — muzycznym.

To właśnie w tych niewdzięcznych okolicznościach chciałam przypomnieć trzy ważne postaci LGBT+ polskiej współczesnej muzyki, które w obecnych, poplątanych czasach dodają mi chociaż trochę więcej pewności i odwagi.

Może Wam też dodadzą. 

Bella Ćwir

Internetowa celebrytka czy performerka? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie i prawdopodobnie dlatego Bella jest intrygująca, a mogliście zobaczyć artystkę choćby podczas występów towarzyszących Paradom Równości. 

Ja po raz pierwszy widziałam ją na żywo w ramach występu w poznańskim Pawilonie, i było to doskonałe połączenie wixy z art popem: miałam ochotę jednocześnie wbić się w dresy-szelesty i zatańczyć w nich voguing. 

Za Bellą Ćwir stoi Gracjan. Czy w takim razie jest osobą niebinarną, a może jedynie artystycznym alter ego Gracjana? 

“Queerowość rozumiem tak, że nie muszę utożsamiać się z jedną płcią. […] Nie mam problemu z tym, że ludzie mówią do mnie w rodzaju żeńskim, kiedy jestem Bellą” (źródło: Dwutygodnik.com). 

Iwona Skwarek (Rebeka)

Iwona Skwarek najczęściej działa jako połowa duetu Rebeka, ale możecie także trafić na jej indywidualne DJ sety. 

Nie zliczę, ile razy widziałam już Rebekę na żywo – ze wszystkich występów najlepiej pamiętam ich support przed koncertem Damona Albarna w poznańskiej Starej Gazowni i dwa występy na różnych edycjach Spring Breaka. 

Rebeka jest nieodłącznym elementem poznańskiego krajobrazu muzycznego, ale Iwonę po raz pierwszy zobaczyłam jeszcze w teledysku Hellow Dog ponad dekadę temu. Poznań był w tamtym czasie w swoistej strefie 0 na polskiej mapie muzyki współczesnej: poza pojedynczymi i dobrze znanymi Muchami czy offowym Drivealone, na naszej scenie świeciło pustkami. 

Rebeka weszła na tę scenę mocno i stanowczo, i właśnie tak pamiętam Iwonę z supportu przed Damonem Albarnem, a jej ruchy w takt granej muzyki dodawały mocy całemu image duetu na scenie. Kiedy kilka lat później oglądałam występ Rebeki w TAMIE na Spring Brake’u, wiedziałam, gdzie swoje źródła miał koncept występu duetu z grupą tancerzy. Wydawał mi się być spójnym efektem scenicznej drogi, jaką obrała Rebeka.

Sama Iwona wyoutowała się w październiku 2019 roku w “Wysokich Obcasach”. O swoich doświadczeniach mówiła wprost, przytaczając sytuację, kiedy musiała uciekać z domu rodzinnego z dziewczyną przed ciocią, która o nich nie wiedziała. 

Czytając ten wywiad nie mogłam powstrzymać się od wyobrażenia sobie niezręcznego obrazku, kiedy osoba o tak wyraźnej scenicznej postaci przemyka w ukryciu ze swoją partnerką. To było wyobrażenie niezręczne, które od razu wzbudziło moją złość poprzez swoją beznadziejność i bezdenny smutek, w Polsce towarzyszący każdej osobie LGBT+ w mniejszym czy większym stopniu. A kilka chwil później przyszła wdzięczność dla Iwony, że jest jedną z kolejnych osób, które wypuściły swoją historię do ludzi.

W czasie opublikowania wywiadu Rebeka zorganizowała premierę singla “Pocałunek”:

Tyle lat,

się boję pocałować

cię na ulicy

Tyle lat

się boję pocałować

dziewczynę, którą kocham

Zamilska

Sety Zamilskiej wypełniają sale klubowe po brzegi, tak jak na występie w poznańskiej TAMIE podczas Spring Breaka.

To kolejna osoba, której artystyczna postać kojarzy mi się z konceptem stanowczej i spokojnej twórczyni, skupionej na dobieraniu kolejnych dźwięków, wciąż tańczącej za dj-skim stołem. 

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam klip do “Duel 35”, jak wiele innych osób zwabiona nitką pochwalnych newsów o Polce, której techno zostało wybrane do pokazu Diora. I od razu rzuciły mi się w oczy i uszy charakterystyczne cechy: twórcza pewność siebie, stanowczość, prostota i oszczędność struktury dźwięków.

Królowa polskiego techno, zanim publicznie wyszła z szafy, była już wyoutowana w życiu prywatnym. Jednak potwierdziła swój outing w wywiadzie dla “Wysokich Obcasów” w 2016 roku. Mówiła wprost, że określanie partnerki “tą osobą” byłoby według niej obraźliwe dla nich obydwu: “Jest w tym tchórzostwo. Ta osoba to ona, kobieta”. 

Nie oszukujmy się – tak otwarta i stanowcza deklaracja nie jest częsta, i nierzadko bywa ryzykowna dla kariery czy sytuacji osoby outującej się.

Kiedy przez social media i portale przewalają się kolejne zalewy dyskusji rozważających, czy LGBT+ to ideologia czy osoby, z tym większym rozrzewnieniem wracam do tej wypowiedzi Zamilskiej – do przestrzeni, w której nie musimy zastanawiać się, czy LGBT+ to osoba, ale możemy jeszcze dalej dookreślić, że akurat ukochana Zamilskiej to konkretna kobieta.

W tym miejscu łatwiej zadomowić się chociaż na chwilę.

Tekst: Jola Kikiewicz

Redakcja: Joanna Hała, Witold Regulski