Artykuły


O flircie z piosenką. Sławomir Przybył

O flircie z piosenką. Sławomir Przybył
17.08.2018

Podczas rozmowy z Przybyłem niejednokrotnie zwracam uwagę na dwa słowa – „tradycja” i „pokora”. W kontekście jego twórczości te dwa elementy wydają się być niezwykle istotne. Tworzone przez niego piosenki/ballady/pieśni są angażujące i wymagające skupienia. Piotr „Dziki” Chancewicz (produkował m.in. dla Marii Peszek czy Voo Voo) po przesłuchaniu demówki oddzwonił do Przybyła i stwierdził: „dziwne to, ale robimy”. We współpracy z Dzikim w 2017 roku powstała płyta „Megafon”, która oficjalnie ukaże się jesienią. Jednak utwory, które się na niej znajdują można już usłyszeć na pełnych improwizacji koncertach.

Kiedy piszę do Przybyła z pytaniem o możliwość rozmowy, jest jeden z najbardziej upalnych dni lata – wszyscy marzą o zimnie wiatraków i klimatyzacji, mniej o wywiadach z portalem, który jeszcze nie istnieje. Byłam przygotowana na wiele pytań, jednak otrzymałam tylko jedno: „Wyjeżdżam na wakacje – czy możemy spotkać się jak najszybciej?”. Tym sposobem widzę się z nim już kolejnego dnia.

Z jego piosenkami jest trochę jak z słuchaniem inteligentnych opowieści drugiej nad ranem. Trzeba jednak zaznaczyć, że przy barze, w jednym z miejskich pubów. Z jednej strony porusza tematy ważne, z drugiej nie ma w tym humanistycznego nadęcia. Z lekkością przeskakuje z lirycznej „Ballady o Pannie Tajemicy”, gdzie nawiązuje do naszej tradycji kulturowej, do „Nocnego tramwaju”, w którym opisuje (ale jak!) podróż z imprezy.

Zamiłowanie do tekstu wziął ze swoich osiedlowych hip-hopowych przygód. Jak sam mówi, coś przestało się zgadzać, kiedy zaczął rapować do riffów na gitarze klasycznej. Teraz tworzy prowokujące i rozimprowizowane piosenki, w których łączy tematy uniwersalne z ulicznym slangiem, a jego muzyka coraz częściej doceniana jest przez jurorów. Na koncertach Przybyła usłyszycie charyzmatyczny głos, dwie gitary, kontrabas, trąbkę, skrzypce, akordeon, instrumenty klawiszowe, perkusję i trochę magii, o której Sławek opowiada mi podczas naszej rozmowy.

Joanna Hała: Podoba mi się sposób, w jaki mówisz i piszesz o swoich utworach. Podkreślasz, że tworzysz „piosenki”, często mówisz o „pieśniach”. Z czego wynika to nazewnictwo i dlaczego jest dla ciebie tak ważne?

Sławomir Przybył: Piosenka jest formą, która ma swoją wielką tradycję. Mówi się, że Stonesi dali piosence rock’n’rolla, a Bob Dylan dał jej filozofię. Właśnie wtedy piosenka zaczęła wtedy flirtować z poezją. To, że Dylan dostał Nagrodę Nobla było czymś bardzo symptomatycznym jeśli chodzi o piosenkę w ogóle. Chciałbym aby była ona ciągle formą interesującą, która nie zamyka się w przysłowiowym refrenie i zwrotce, tylko skłania ku elastycznemu myśleniu o muzyce. Ciechowski, Dylan czy Waits flirtowali z piosenką, nie tworzyli rzeczy przewidywalnych, a każde wykonanie na żywo generowało spontaniczne zmiany. W mojej twórczości nie interesuje mnie powierzchowność i powtarzalność. Jeśli ktoś przychodzi na mój koncert musi mieć świadomość, że następnym razem pieśni wybrzmią zupełnie inaczej. I to jest cała magia, do której dążymy wraz z zespołem, bo tylko dzięki niej nasze granie będzie miało sens.

Czyli chcesz stanowić kontrę do zaplanowanych w każdej minucie koncertów i ogromnej dbałości o scenariusze?

Wiesz, ja szanuję takie podejście, jednak nie interesuje mnie ono artystycznie. Wolę czerpać z tradycji muzykowania lat 70-tych, gdy wszystko w rock’n’rollu było nieprzewidziane. W moim odczuciu trzeba pozwolić sobie na margines błędu. Stańko kiedyś stwierdził, że improwizacja jest prawem do popełnienia pomyłki. Pytanie brzmi – jak ten błąd uargumentujesz? Co zrobisz, gdy zagrasz fałszywą nutę lub wypadniesz z rytmu? Odpowiedź według niego jest prosta: publiczność musi potraktować to jako wartość, nie jak błąd. W tym zawiera się cała magia.

Nie ukrywajmy „Megafon” to materiał ambitny i jednocześnie muzycznym klimatem różni się od trendów na polskiej scenie muzycznej. A jednak wygrałeś jarocińskie Rytmy Młodych i jedną z głównych nagród na Famie.

Cały czas borykamy się z takimi spostrzeżeniami. Ludzie mówią nam, że zagraliśmy piękny koncert, jednocześnie pytając z obawą w jaki sposób chcemy sprzedać ten materiał i pchnąć w Polskę. Zdradzę ci, że w tamtym roku startowałem do Jarocina z utworami z „Megafonu” i nie przeszliśmy nawet pierwszego etapu. Mam świadomość, że prezentujemy dziwny materiał i niezdefiniowaną formułę piosenki. Jednak teraz chwyciło i w Jarocinie, i na Famie. Fama to specyficzny festiwal i taka jest jego publiczność – w końcu w większości to muzycy. Najtrudniejszy w tych dwóch festiwalach był dla mnie etap głosowania internetowego. Jednak kiedy w ramach Rytmów Młodych mogliśmy zaprezentować się w studiu Osieckiej byłem już spokojny. Czułem, że kiedy tylko zaczniemy grać będziemy już „u siebie”.

Wiem, że w tym roku miałeś okazję dzielić scenę z Wojtkiem Mazolewskim, jammujesz i nagrywasz z Piotrem Banachem, a „Megafon” wyprodukował sam Piotr „Dziki” Chancewicz. Są dla ciebie autorytetami?

Wiem, że podczas tych spotkań muszę ich uważnie słuchać i czerpać wiedzę z naszych rozmów – w tym sensie oni odgrywają rolę autorytetu. Jednak moi starsi koledzy, czyli Banach i Dziki przebrnęli przez swoja drogę na własny sposób. Cała filozofia musi opierać się o pokorę i szacunek dla tych spotkań, jednak żeby zachować świeżość muszę działać intuicyjnie i sam iść przez tę historię. O całokształcie zadecyduję sam. Myślę, że w tej branży każdy jest sam.

Intryguje mnie to, w jaki sposób z hip-hopowego chłopaka z osiedla stałeś się songwriterem z gitarą klasyczną.

Tak naprawdę jestem zlepkiem człowieka, który wychował się na muzyce rockowej, ale jednocześnie jest również pokoleniem rewolucji hip-hopowej. Tata puszczał mi Black Sabbath i Deep Purple, a kuzyni przynosili kasety Kalibra 44 i Paktofoniki. Hip-hop to był dla mnie bunt w kwestii formalnej. Nie było wtedy jeszcze internetu, wszyscy siedzieliśmy na podwórku, freestylowaliśmy i jeździliśmy rapować na działkę. Pamiętam jednak, że niejednokrotnie na posiedzeniach ze znajomymi rapowałem do gitary, co było dziwne dla chłopaków z osiedla i środowiska hip-hopowego. Jednak bardzo im się to podobało, choć oczywiście coś nie grało w tym połączeniu. Na gitarze klasycznej gram od 15 lat, uczyłem się między innymi od doktora Henryka Kasperczaka*, wykładowcy z Akademii Muzycznej. Całe moje hip-hopowe granie przeszły z czasem w bardziej świadome działanie. Mój kolega miał bitmaszyne i samplował polski jazz inspirujac się muzyką takich zespołów jak miedzy innymi duet Skalpel. Nagrałem z nim podziemną płytkę z świadomymi tekstami – wszystko zostało puszczone w osiedle i eter.

Inspirowali cię raperzy z miasta i osiedla?

Z jednej strony tak, ale z drugiej nasze fascynacje były przeróżne. Zachwyciliśmy się z kumplem kalifornijską wytwórnią Stones Throw, czyli alternatywą hip-hopową, teoretycznie wyrafinowaną. Staraliśmy się tworzyć muzykę, która nie będzie szufladką.

To kiedy przyszedł moment, w którym zacząłeś grać ballady?

Jakieś 7 lat temu inspiracji muzycznych było coraz więcej i pojawiały się tak nieoczywiste w kontekście osiedlowego rapu postaci jak Leonard Cohen, Bob Dylan czy Tom Waits. Nie umiem uchwycić dokładnego momentu, w którym z rapu przeszedłem do tworzenia piosenek w nastroju songwriterskim. Gdy pisałem tekst, nabierał on innego charakteru – w warstwie lirycznej był oparty o warsztat tworzenia hip-hopu, ale już miał zupełnie nowy klimat jeśli chodzi o muzykę. Pierwszą płytę skomponowałem mając tylko gitarę i tekst.

Sam jesteś autorem całego materiału?

Kiedyś do dobrej piosenki potrzebowaliśmy trzech talentów: dobrego kompozytora, znakomitego tekściarza i dobrej wokalistki. Teraz piosenka została zbanalizowana przez to, że każdy może sobie usiąść, napisać tekst, melodię i dodatkowo wyprodukować. Unikałbym tej drogi. W nagraniu płyty uczestniczyło ponad 7 muzyków – ja nadawałem im główny motyw, a każdy z nich swoim własnym językiem go interpretował. Stworzyliśmy „Megafon” razem. Wiesz, ja doskonale zdaję sobie sprawę, że w piosence autorskiej trzeba bardzo uważać by nie trącić banałem w tym co się muzycznie robi, Jestem świadomy tradycji polskiej piosenki i podchodzę do niej w olbrzymim szacunkiem.


PRZYBYŁ – projekt gitarzysty, autora piosenek i tekściarza Sławomira Przybyła. W 2013 roku zaprosił on do współpracy wywodzących się z różnych nurtów muzycznych oraz zespołów instrumentalistów z Wielkopolski, z którymi tworzy rozimprowizowany zespół grający pieśni. Producentem debiutanckiej płyty Przybyła jest Piotr „Dziki” Chancewicz, który znany jest z produkcji m.in. pierwszej płyty Marii Peszek – „Miasto Mania” czy wieloletniej współpracy z Wojtkiem Waglewskim oraz zespołem Voo Voo). Nagrania zostały zrealizowane w warszawskim Media Studio (zwanym również Voo Voo Studio).

Przez pierwsze lata muzycznej działalności związany był z poznańską, alternatywną sceną hip-hopową realizując swoje projekty inspirowane takimi artystami jak: Madlib, J-Dilla oraz Skalpel.  Materiał „Megafon” będzie miał swoją  oficjalną premierę jesienią 2018 roku.

Tekst: Joanna Hała

Fotografia główna: Marta Nowicka

Zobacz także


Najlepsze polskie winyle 2020 wg winyloveinspiracje asfalt records astigmatic records płyty winylowe 2020 polskie winyle very polish cut outs winyl winyloveinspriacje Nowość
Najlepsze polskie winyle 2020 wg winyloveinspiracje
15.01.2021
W ubiegłym roku w USA czarne płyty miały się najlepiej od lat 80. A co działo się w Polsce? Poprosiliśmy Oskara Sienieckiego z Asfalt Records i winyloveinspiracje, by wybrał dla Was najlepsze polskie winyle 2020. Czytaj
Polskie zapomniane płyty lat 00., które trzeba przypomnieć Drivealone Hatifnats Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach Lata 00 nostalgia Oszibarack Polska Muzyka Renton Skinny Patrini The Car Is On Fire Zapomniane płyty
Polskie zapomniane płyty lat 00., które trzeba przypomnieć
28.12.2020
Przyzwyczailiśmy się do gonienia za nowościami muzycznymi. Łatwo zapominamy o płytach z pierwszej dekady XXI w., a to one były początkiem nowych trendów polskiej muzyki. Oto polskie zapomniane płyty początku lat 00. Czytaj