Przecież artysta jest po to, żeby tworzyć, a nie chować rzeczy do szuflady – mówi MIN t, czyli Martyna Kubicz w wywiadzie dla GŁOŚNIEJ. Kompozytorka, wokalistka i producentka wystąpiła na tegorocznym Spring Breaku, a nam opowiedziała o życiu w Berlinie, biznesie muzycznym i świadomym podejściu do tworzenia.

Z MIN t rozmawiamy w trakcie Spring Breaka. Martyna Kubicz przyjechała na występ z materiałem z najnowszego singla, No One Else (2019), zeszłorocznego singla Blues Keeps Crooning (2018), a także debiutanckiej płyty, Assemblage (2017). Assemblage pokazało ją jako artystkę, która poszukuje swojego brzmienia w mieszance różnych gatunków: chill outu, trip hopu, soulu czy muzyki klasycznej. Kiedy spotykamy się pod koniec kwietnia, MIN t jest w trakcie miksowania materiału na kolejną EP-kę i szukania wytwórni dla nowego wydawnictwa. Do Poznania przyjechała z Wrocławia, chociaż już od ponad 3 lat mieszka w Berlinie.

– W Berlinie świetnie się żyje. Jest bezstresowo, nie tylko pod względem artystycznym. Ludzie robią tam fajne rzeczy i są otwarci. W Polsce nie ma takiej atmosfery, ale nie jest to wina ludzi, że nie mogą cieszyć się życiem – po prostu nie mają wystarczająco pieniędzy.

Chociaż na co dzień mieszka w stolicy Niemiec, znalazła dla siebie miejsce w Monachium. Będzie tam odbywać praktyki, w ramach których realizuje muzykę według konkretnych wytycznych dla zewnętrznych firm. Do wykorzystania ma dostępną na miejscu technologię i studio nagrań: – Mogę w ten sposób rozwijać się i potraktować to jako wyzwanie – spróbować stworzyć coś pod czyjś gust i pilnować deadline’u. Kiedy sama piszę piosenkę, jest tylko moja i nikt inny nie stawia mi wyzwania. To na pewno będzie rozwijające doświadczenie.

Jednak Berlin to dla MIN t nie tylko miejsce, w którym mieszka i pisze muzykę, ale także miasto otwierające nowe możliwości. Jest jedną ze stypendystek berlińskiego instytutu Music Board Berlin GmbH, który przyznaje stypendia młodym artystom: – Co dwa lata mają do rozdania 250 000 euro dla wschodzących twórców. Zobacz, jak wiele to jest pieniędzy przeznaczonych na sztukę i młodych artystów. Po prostu aplikujesz, piszesz zwykłe podanie i możesz otrzymać stypendium. W Polsce jest Instytut Adama Mickiewicza, ale tam istotne są znajomości. Tutaj mogę po prostu zostać oceniona za to, co robię – i to jest fair.

Obecnie Instytut Adama Mickiewicza przyznaje dofinansowania w ramach programów takich jak “Kultura Polska na Świecie”, “Kreatywna Europa” czy znany już cykl i patronat “Don’t Panic! We’re From Poland”. Jednak działalność IAM rozciąga się na literaturę, muzykę i sztuki audiowizualne. Dofinansowania Instytutu Adama Mickiewicza to w Polsce łakomy kąsek dla samorządów, artystów i kuratorów – w sytuacji, kiedy na kulturę nie przeznacza się wystarczających środków, nawet najmniejszy zastrzyk pieniędzy jest pomocny.

“The Musicboard Berlin GmbH is the only German institution providing scholarships and residencies for pop musicians” – informuje nas strona niemieckiego instytutu. Nie dziwi więc fakt, że tak wielu artystów ciągnie do Berlina. Ale MIN t zaznacza, że pieniądze to nie wszystko. To tam poznała wrocławską artystkę Lumikko [Dominika Otto – przyp. red.], z którą nagrały teledysk do Down/On: – Teledysk powstał w Berlinie 1 maja. To moje ulubione święto w tym mieście, dużo się wtedy dzieje. Kręcenie teledysku miało charakter DIY. Przy poprzednim moim klipie, Her Story, mieliśmy konkretny budżet, scenariusz i aktorki. Z Dominiką zrobiłyśmy coś wakacyjnego, świeżego, bo taki jest właśnie jej styl – dziewczęcy i DIY. Potem wspólnie zrobiłyśmy teledysk do No One Else, ale tam bawiłam się też w producentkę filmową klipu i aktorkę jednocześnie (śmiech). Organizowałam wszystko i zarządzałam budżetem, nakręciłyśmy klip podczas intensywnych dwóch dni. Jestem zadowolona z efektu – zawsze może być lepiej, ale nauczyłam się, że trzeba po prostu robić i próbować. Jak się nie robi, to się nie umie.

To podejście do tworzenia towarzyszyło jej już podczas nauki w szkole muzycznej. Jak wspomina, zwykle dziewczynki były zachęcane do śpiewania, a chłopcy do grania. Podeszła więc do tego ambicjonalnie i potraktowała jako konkurencję: – Wkurzało mnie to. Zaczęłam grać z ambicji i pasji. Czasem dziewczyny muszą zrobić pierwszy krok i tyle. Na szczęście nie spotkałam się w swojej karierze z tym, żeby ktoś bardzo stłamsił mnie ze względu na płeć.

Swoich artystycznych współpracowników znalazła we wrocławskim labelu Regime. Choć z osobami tworzącymi Regime znali się od wielu lat, MIN t musiała najpierw przejść przez turbulencje z innymi wytwórniami, gdzie współpraca nie układała się pomyślnie. Jak twierdzą, dobrze znają siebie i grają w otwarte karty – bez kolesiostwa. Łukasz Lorenc, współzałożyciel kolektywu Regime i menager MIN t, jest zaangażowany w organizację eventów i działanie labelu.

– Już 5 lat działamy jako Regime. Część naszych działań to promocja artystów i prowadzenie labelu. Z organizacji wydarzeń i zewnętrznych zleceń tworzymy wspólny budżet na wydawanie płyt i działalność promocyjną. – Lorenc dodaje także, że debiut MIN t był do tej pory największym wydawnictwem Regime. Działanie w kolektywie i grupie pozwala im próbować różnych rodzajów aktywności, takich jak występ z showcasem na Spring Breaku. MIN t przyznaje, że współpraca z Regime pozwala jej utrzymać odpowiedni poziom kontroli artystycznej nad projektami. Jednocześnie opieka Lorenca sprawia, że może skupić się na samym tworzeniu, nie rozpraszają jej kwestie stricte biznesowe: – Lepiej wydać płytę z labelem takim jak Regime. Ja mogę pomóc im, a oni mnie, więc to jest dobry barter. To też kolejny krok w karierze, bo czekanie na wielką okazję nie kończy się dobrze, ludzie o tobie zapominają. Przecież artysta jest po to, żeby tworzyć, a nie chować rzeczy do szuflady.

19.11.2018, Berlin, Deutschland, DEU, Martyna Kubicz als MIN t im Privatclub Berlin

Ale MIN t jest świadoma tego, jak działa biznes muzyczny i w jaki sposób poruszać się w tym środowisku. Nie tylko dzięki działalności Regime, ale także dzięki pracy, jaką włożyła w ukończenie dyplomu o live act’ach na Bimm Berlin Institute. Uczelnia stwarzała studentom warunki do podjęcia prób szerszego myślenia o tworzeniu muzyki i rynku muzycznym: – Mogłam zastanowić się nad różnymi aspektami live act’ów. Jak występ działa na publiczność? Jak zmienia się live act w różnych miejscach? Można myśleć o tym w kontekście pewnych warunków, które trzeba spełnić. Na studiach mieliśmy dużo zajęć o biznesie muzycznym, więc wiem jak to działa. Uczyliśmy się o publishingu, instytucjach wspomagających, dziennikarzach. Gdyby nie to, byłabym zupełnie zielona. Na początku miałam kogoś, kto mi pomagał, na przykład przy organizacji koncertów – ufałam mu w stu procentach, bo nie znałam się na tym. A oddawanie komuś pełnej kontroli nad swoim projektem nie jest korzystne – trzeba być bardziej niezależnym.

 

Tekst: Jola Kikiewicz

Zdjęcia: Damien Niemczal / mat. prasowe