Podczas tegorocznej edycji Enea Spring Break największe tłumy Scena na Piętrze przyciągnęła już pierwszego festiwalowego dnia. Na kilka chwil przed 21.00 kolejka osób, które chciały dostać się na zapowiedziany na tę godzinę koncert, ciągnęła się daleko za drzwi wejściowe. Przybyły one pod Masztalarską 8, by posłuchać Hani Rani i utworów z jej wydanego kilka tygodni wcześniej solowego debiutu Esja.

Mimo że Hania Raniszewska w świecie muzycznym od dawna nie jest  anonimową osobą, w świadomości szerszego grona słuchaczy zaistniała dopiero jako połowa tworzonego wraz z Joanną Longić duetu tęskno. Po serii sukcesów związanych z płytą Mi, przyszedł czas na współpracę z Misią Furtak i dokończenie solowego albumu Esja.

Czy swoją popularność Hania Rani zawdzięcza temu, że oniryczne, będące połączeniem folku i dream-popu piosenki tęskno odniosły tak duży – przynajmniej w środowisku bardziej alternatywnym – sukces? Czy dzięki temu, że udało się jej idealnie wypełnić lukę na polskiej scenie muzyki – mimo wszystko odważę się stwierdzić – popularnej, czego do tej pory nie dokonał żaden pianista? Pewnie po trochu jedno i drugie. Dodajmy do tego muzyczne wykształcenie artystki, liczne kolaboracje i inspirujące znajomości w różnych zakątkach Europy. To wszystko sprawiło, że dzisiaj Hania Raniszewska gra w wypełnionych po brzegi – nie tylko polskich – salach koncertowych.

Dla wielu występ pianistki był jednym z najlepszych koncertów podczas tegorocznej edycji Spring Breaka. W Scenie na Piętrze przez trzydzieści minut słuchaliśmy niemal wyłącznie dźwięków fortepianu – tylko w jednym utworze Hania udzieliła się wokalnie. Poza tym mówiła niewiele, przyznając w pewnym momencie, że gdy jest na scenie, zamiast mówić, woli grać. Tak, jakby wiedziała, że każde zbędne słowo może naruszyć tę niewidzialną więź, którą udało jej się nawiązać ze słuchaczami za pomocą instrumentu.

Muzyka dla Hani – jak mi potem powiedziała – jest pewną ucieczką w duchowość, w której słowa rzeczywiście często są niepotrzebne. Przy fortepianie, choć nieustannie jest przepełniona ekspresją, wydaje się jakby schowana za swoim instrumentem. Kiedy jednak zdejmuje dłonie z klawiatury i schodzi ze sceny, kończy się również całe misterium. Poza salami koncertowymi Hania to uśmiechnięta i otwarta osoba. Dzień po jej koncercie na Spring Breaku spotkaliśmy się w restauracji na Jeżycach i porozmawialiśmy o Esji.

Podsumujmy ostatnie miesiące w twoim wykonaniu. Debiutancki album tęskno, współpraca z Misią Furtak przy jej płycie Co przyjdzie?, teraz solowy debiut, czyli zbierająca pozytywne recenzje Esja. Czujesz, że to twój czas?

Mam nadzieję, że tak, tym bardziej, że ciężko na to pracowałam. Dopiero od około dwóch lat mam czas na tworzenie własnej muzyki i współpracę przy projektach takich jak z tęskno czy z Misią. Wcześniej długo byłam bardzo zajęta studiowaniem i wszystko inne było robione wieczorami, po godzinach. Cieszę się, że w końcu włożony w naukę i tworzenie muzyki wysiłek przynosi namacalne efekty, takie jak płyty.

Do tego dochodzą wyprzedane koncerty. Wreszcie udało ci się trafić do szerokiego grona odbiorców.

To cieszy tym bardziej, że dzieje się to w momencie, kiedy ukazuje się płyta z moją muzyką autorską. Pierwszym krokiem do tego była wydana w 2015 roku Biała flaga. Co prawda znalazły się na niej utwory Grzegorza Ciechowskiego, ale interpretacje, które opracowałyśmy z Dobrawą Czocher, to jednak aranżacje. Wówczas jeszcze studiowałyśmy, mieszkałyśmy w innych miastach, więc siłą rzeczy był to projekt poboczny, natomiast na Esji mogłam się skupić w stu procentach. Trzeba pamiętać o tym, że wydanie płyty to nie tylko nagranie muzyki, ale także stworzenie całej warstwy wizualnej, planu odpowiedniej promocji czy trasy koncertowej. To wszystko wymaga czasu i skupienia, na które ja znalazłam miejsce dopiero niedawno.

Czytasz recenzje swoich albumów?

(śmiech) Oczywiście, że tak. I to nie tylko te dobre.

Pytam o to, bo w niektórych pojawiają się zarzuty pod adresem Esji. Zdarzają się recenzenci, którzy pytają o oryginalność tej muzyki.

Zdaję sobie sprawę z tego, że takie zarzuty mogą mieć swoje podstawy. Nagrywając Esję nie chciałam jednak tworzyć najbardziej nowatorskiego albumu piano solo, a po prostu zawrzeć na płycie dobrą muzykę. Można powiedzieć, że jest to płyta, jakich wiele, ale powstaje pytanie czy muzyka wykonywana przeze mnie i artystów takich jak Nils Frahm lub Olafur Arnold sama w sobie jest jeszcze czymś nowatorskim? Wszyscy interpretujemy muzykę piano solo na swój sposób, ale sam gatunek nie jest niczym nowym. Wszystko już było, jednak to nie znaczy, że mielibyśmy tworzyć sztukę. Dlatego te zarzuty – choć jak najbardziej je rozumiem – specjalnie mnie nie dotykają.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że bardzo doceniasz takie rzeczy jak detale, niuanse, drobnostki i zwykłość. Wydaje mi się, że Esja jest właśnie taką zwykłością, nad którą musimy się na chwilę pochylić, żeby ją należycie docenić.

To prawda. Bardzo lubię naturalność i muzykę, która nie stara się być za bardzo. Takiej muzyki słucham i takiej muzyki szukam w tym, co sama robię. Nie potrzebuję niesamowitych fajerwerków, choć oczywiście w to, co robię, wkładam dużo energii. Esja jest płytą zwyczajną, ale jednocześnie zawiera sporo niuansów, które pewnie dostrzeże się dopiero po kilkukrotnym przesłuchaniu. Zamysł był taki, by Esja mogła być jednocześnie muzyką tła, a zarazem czymś, co można codziennie odczytywać na nowo. Osoby, które chodzą na moje koncerty, wiedzą, że te utwory grane na żywo są nieco inne niż w wersjach studyjnych. Przesadą pewnie byłoby stwierdzenie, że są szalone, ale na pewno zawsze są bardziej improwizowane i energetyczne.

Słuchając Esji mam wrażenie, że bardzo dużą wagę przykładasz do ciszy w muzyce.

Codziennie staram się bardziej tego uczyć. Cisza jest nieodłączną częścią muzyki – to w końcu z niej dźwięki wychodzą i do niej wracają. Ale moje zamiłowanie do ciszy nie dotyczy tylko muzyki. Dzisiaj cisza jest produktem luksusowym i rzadko mamy możliwość, żeby oderwać się od odgłosów cywilizacji. Cieszę się, że ludziom, którzy przebywają całymi dniami w hałasie miasta, mogę prezentować na koncertach taki luksusowy produkt, którego zawsze jest za mało. Sama spędzam większość czasu otoczona dźwiękami, więc to, że poprzez muzykę ja i moi słuchacze możemy docenić ciszę, jest dla mnie bardzo ważne.

To prawda, że Esja jest tylko wstępem do tego, co zaprezentujesz na kolejnej płycie?

Początkowo planowałam wydanie zupełnie innej płyty, więc myślę, że jak najbardziej możemy Esję nazwać preludium. Tak naprawdę zaczęłam od nagrywania albumu z utworami bardziej złożonymi, z wieloma instrumentami, elektroniką i wokalami. Pomysł nagrania płyty piano solo pojawił się już podczas nagrywania materiału, kiedy to nagrania przenieśliśmy do studio w Reykjaviku. Pomyślałam wówczas, że faktycznie może to być dobre rozwiązanie. Po pierwsze dlatego, że wiele takich płyt dzisiaj nie powstaje, a po drugie stwierdziłam, że wydanie minimalistycznej płyty akurat teraz może być swego rodzaju złapaniem oddechu po pracy z tęskno oraz Misią Furtak i przed wydaniem czegoś bardziej rozbudowanego.

Wytwórnia miała jakiś wpływ na te decyzje?

Mam to szczęście, że Gondwana Records jest prowadzona przez Matthew Halsalla, muzyka, którego bardzo szanuję, zarówno pod względem jego muzyki, jak i tego, co sobą reprezentuje. Pamiętam, że na początku wysłałam do wytwórni dwie płyty jako demo – jedną piano solo, drugą z bardziej złożonymi utworami. Okazało się, że obie im się podobają i to ode mnie zależy, która będzie wydana jako pierwsza. Potem jednak zaczęliśmy zastanawiać się nad tym wszyscy – razem dyskutowaliśmy i słuchaliśmy poszczególnych utworów. Wydanie Esji w tym momencie było koniec końców decyzją wspólną, na ten moment właściwą.

Pytam o to, ponieważ na koncertach pokazujesz, że masz również spore możliwości wokalne. Na drugiej płycie będziemy mogli usłyszeć twój głos?

Na pewno, chociaż nie chciałabym, żeby była to płyta stricte wokalna i piosenkowa, mimo że taką formę również uwielbiam i cenię za jej uniwersalność. W muzyce wokalnej mamy bardzo jasno określone skojarzenia, które narzuca nam tekst, w instrumentalnej czy elektronicznej fascynujące jest natomiast to, że zostawiamy bardzo duże pole do interpretacji i przeżywania. Robię różne rzeczy z różnych gatunków i chciałabym, żeby następna płyta była takim przekrojem wszystkiego, co udało mi się do tej pory zrobić. Kilka ostatnich lat poświęciłam fortepianowi, więc tym bardziej chciałabym, żeby następna płyta była otwarta i ponadgatunkowa.

W muzyce instrumentalnej pole do interpretacji w jakiś sposób narzucają nam tytuły. Te u ciebie są dość enigmatyczne.

Są bardzo abstrakcyjne. Nazywanie muzyki instrumentalnej nie jest proste. Może to być drogowskazem i skojarzeniem, ale nie musi. Za każdym tytułem oczywiście jest jakaś mniejsza lub większa historia. „Hawaii Oslo” nawiązuje na przykład do skandynawskiego filmu z 2004 roku, ale nie w ten sposób, że zainspirował mnie on do napisania muzyki. W tym przypadku spodobała mi się sama nazwa i melodia tych dwóch słów, która, moim zdaniem, doskonale opisuje to, co się w tym utworze dzieje. Jest w nim mnóstwo kontrastów i różnic „temperatur”, co dodatkowo podkreśla geograficzna odległość Hawajów i Norwegii. To jest bardzo abstrakcyjne myślenie, ale myślę, że właśnie tak trzeba do sztuki podchodzić.

Kontrasty budują także miejsca, w których powstawały utwory na płytę. Z jednej strony artystyczny, kolorowy Berlin, z drugiej – chłodna, będąca przeciwieństwem stolicy Niemiec, Islandia. Do tego dochodzi jeszcze Warszawa. Atmosfera miejsca, w którym tworzysz, ma dla ciebie duże znaczenie?

Ogromne. To są dla mnie trzy bardzo istotne miejsca i z każdym z nich wiążą się historie nagrań. W Warszawie znajduje się mój dom, więc muzyka, która powstawała tam, cechuje się na pewno pewnego rodzaju intymnością mojego pokoju. W Reykjaviku natomiast miałam przyjemność pracować z bardzo dobrym producentem i reżyserem dźwięku, Bergurem Porissonem, co samo w sobie było niesamowitym doświadczeniem. Islandia jest ponadto miejscem bardzo inspirującym, zarówno pod kątem historii, jak również kultury i muzyki czy natury. Szczególnym miastem był także Berlin, bo chociaż akurat tam nic nie nagrałam to trzy lata, które spędziłam tam studiując, były w pewnym sensie przełomowe. To właśnie wtedy odkryłam, co siedzi w moim sercu i że bardziej niż muzyce klasycznej powinnam się poświęcić własnej twórczości.

 

Tekst: Witold Regulski

Zdjęcia: Damien Niemczal