Pochodzący z Kalisza Daniel Spaleniak zdobył uznanie jeszcze zanim na dobre rozpoczęła się jego kariera. Wystarczyła jedna płyta i singiel „My Name Is Wind”, by zwrócić na siebie uwagę Cartera Smitha z kalifornijskiej agencji muzycznej Rollo & Grady, który w muzyce Daniela zobaczył idealne tło dla seriali i filmów. Podpisanie kontraktu ze Smithem okazało się być wydarzeniem przełomowym – od tego czasu muzyk regularnie wydaje kolejne albumy, a także dostarcza piosenki do produkcji Netflixa czy Hulu, lawirując tym samym między dźwiękiem a obrazem.

Oglądałeś „Elementary”, „Ozark” albo „Shooter”?

To jest ciekawa sprawa. Uczciwie muszę przyznać, że akurat tych seriali nie oglądałem. Obejrzałem wyłącznie odcinki, w których była moja muzyka, ponieważ chciałem przekonać się, jak to wyszło. Natomiast obecnie każdego roku pojawia się tak dużo nowych seriali, że ciężko jest znaleźć czas, żeby je wszystkie śledzić. Akurat do „Ozark” czy „Shooter” do tej pory nie było mi po drodze.

Z tego co wiem twój głos w serialach będzie można usłyszeć jeszcze częściej. Nie obawiasz się, że w końcu przylgnie do ciebie łatka faceta od piosenek do seriali?

Nie widzę powodu, dla którego miałoby mi to przeszkadzać. To jest super sprawa, tym bardziej, że obecnie seriale w ogóle jakościowo nie odbiegają od produkcji filmowych, a często są nawet bardziej spektakularne i zrobione dużo lepiej niż filmy. Ponadto piosenki – poza tym, że w filmach i serialach odgrywają bardzo dużą rolę – są też dla mnie okazją do tego, by trafić do bardzo dużej grupy odbiorców. Dlatego taka łatka zupełnie mi nie przeszkadza.

Zdarza ci się teraz komponując piosenki pisać je z myślą stricte o serialach? Myślisz sobie czasem: „O, to będzie dobra piosenka do serialu”?

Myślę, że moje utwory pasują do filmów i seriali po prostu dlatego, że zazwyczaj wkładam do nich nie tylko dużo emocji, ale też sporo klimatu i nastroju. Wydaje mi się, że dzięki temu one fajnie współgrają z obrazem. Patrząc na to w ten sposób, sądzę, że tak naprawdę każdy utwór, który robię, ma potencjalnie szansę, żeby się gdzieś w tych serialach znaleźć. Ale oczywiście nie zastanawiam się nad tym podczas pisania piosenek, po prostu robię to, co mi się podoba.

Pisanie piosenek, które są wykorzystywane w serialach, a tworzenie muzyki filmowej to jednak dwie zupełnie inne rzeczy. Chciałbyś kiedyś zająć się typową muzyką filmową?

Oczywiście, że chciałbym kiedyś robić muzykę filmową. Jest to jedno z moich największych marzeń. Mam wrażenie, że całkiem nieźle mi to wychodzi bo dobrze rozumiem właśnie tę formę i to medium. Zrobienie całościowo muzyki do filmu pełnometrażowego wymaga jednak poświęcenia dużo większej ilości czasu, którego na razie trochę mi brakuje.

A jakie jest twoje marzenie serialowe? Do jakiej produkcji telewizyjnej chciałbyś trafić?

Myślę, że super byłoby trafić do „True Detective” albo do wyprodukowanego przez Niemców serialu „Dark”, który moim zdaniem jest naprawdę wspaniały. Fajnie też byłoby pojawić się w jakimś porąbanym serialu, takim jak „Legion” albo „Twin Peaks” Lyncha, gdyby kiedyś powstał czwarty sezon… (śmiech)

Rzeczywiście, myślę, że jak najbardziej mógłbyś zagrać w Bang Bang Barze. Zostawmy jednak seriale i porozmawiajmy o twojej nowej płycie. Przyznam szczerze, że kiedy po raz pierwszy słuchałem Burning Sea zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, że znajdują się na niej utwory kiedyś napisane do etiud filmowych i słuchając jej pomyślałem sobie, że jest to płyta, która mogłaby być naturalnym krokiem na drodze rozwoju twojej kariery. Bo twoja akustyczna, folkowa muzyka, która – mam wrażenie – z płyty na płytę stawała się coraz bardziej oszczędna, tutaj jest jeszcze bardziej minimalistyczna i ascetyczna. Burning Sea to w moim odczuciu płyta miejscami wręcz ambientowa.

Ja w ogóle zaczynałem od muzyki instrumentalnej, wokal, słowa i teksty przyszły później. Pierwsze epki, które wydawałem w wieku szesnastu lat to były utwory instrumentalne, wokal zastępowałem liniami melodycznymi. W jeden utwór trzeba było wprowadzać bardzo dużo pomysłów i ciągle coś zmieniać, więc robienie tego samego do obrazu wcale nie było mi obce. Tworząc muzykę do etiud filmowych musiałem jednak także dbać o to, by muzyka w jakiś sposób korespondowała z emocjami, które już są na ekranie.

Burning Sea to kolejny twój album, który w dużej mierze podszyty jest melancholią. Nie kusiło cię nigdy, żeby nagrać coś bardziej optymistycznego?

(śmiech) Wiesz, to nie jest do końca kwestia wyboru. Ja nigdy rano nie wybieram tego, co postanowię sobie nagrać, tylko po prostu biorę gitarę i próbuję. Jestem chyba bardziej takim poszukiwaczem dźwięków niż wyuczonym muzykiem, bo poza kilkoma akordami nie znam w ogóle teorii. Bazuję na codziennym poszukiwaniu tego dźwięku, który mnie zainteresuje.

Czyli nie będzie przesadą stwierdzenie, że ta melancholijna, nastrojowa muzyka po prostu sama wychodzi spod twoich palców?

Można tak powiedzieć. Czasami zdarza się jednak, że wyjdzie coś bardziej optymistycznego, jak na przykład na ostatniej płycie utwór „Dawn”, czyli „Świt”. To jest utwór pełen nadziei i myślę, że on daje jakieś pozytywne emocje. Owszem, jest tam troszeczkę melancholii, ale on wcale nie jest smutny. Wydaje mi się, że to jeden z weselszych utworów, jakie napisałem.

Odnośnie twojej nowej płyty ciekawe jest też to, jak tytuł Burning Sea koresponduje z okładką.

Długo zastanawiałem się, jak nazwać tę płytę. Tworzone przeze mnie albumy zawsze są o czymś – może to być dojrzewanie czy odnajdywanie siebie. Każda ma swój temat i otoczkę, każda jest zrobiona w konkretnym czasie, w którym ja też przeżywam pewne rzeczy i które potem w takiej a nie innej formie z siebie wyrzucam. Burning Sea natomiast poza tym, że jest zbiorem moich fascynacji muzyką filmową i jest ścieżką dźwiękową do pewnych obrazów, nie ma żadnego wspólnego mianownika. Zastanawiałem się, czy płytę zatytułować na przykład Soundtracks, ale spodobał mi się tytuł utworu „Burning Sea”. Zaintrygowało mnie to płonące morze – coś, co z jednej strony jest przerażające, a z drugiej – pociągające. Myślę, że taka jest też muzyka, którą zawarłem na płycie.

Okładka, w przeciwieństwie do tytułu, wydaje się bardzo chłodna.

To jest kolejny kontrast. Ja nie przepadam za dosłownością, wydaje mi się, że nie o to chodzi. Jako ludzie powinniśmy funkcjonować na jakiś innym, głębszym i bardziej złożonym poziomie. Chciałbym, by w Burning Sea każdy zobaczył to, co sam chce zobaczyć.

Przez pewien czas studiowałeś na filmówce w Łodzi. Czy w jakiś sposób pomogło ci to w procesie twórczym?

Przyznam szczerze, że nie do końca (śmiech). Byłem na organizacji produkcji filmowej, więc te studia nie miały zbyt wiele wspólnego z tym, czym się obecnie zajmuję, czyli z przebywaniem na jakimś poziomie abstrakcji. To były bardzo przyziemne sprawy, takie jak papierki, pieniądze i rozliczenia, więc nie trafiało to za bardzo do mnie. Podczas studiowania w Łodzi poznałem jednak wielu bardzo fajnych ludzi, z którymi współpracowałem i dla których tworzyłem muzykę, więc na pewno spędzony tam czas w tej chwili uważam za dużą korzyść.

Kilka lat temu na Sofar Sounds Warsaw powiedziałeś, że wolisz występy kameralne, bo większa publiczność sprawia, że bardziej się stresujesz. Z kolei w jednym z wywiadów z początku tego roku przyznałeś, że teraz czujesz się tym lepiej, im więcej ludzi ciebie słucha. Z biegiem czasu zacząłeś lepiej odnajdywać się na scenie?

Chyba tak. Wydaje mi się, że chodzi o pewną ekstazę, która pojawia się wtedy, gdy wiele osób chce cię zobaczyć. Ci ludzie, którzy są pod sceną, też w jakiś sposób pobudzają i niosą nas, muzyków, tak, że jeszcze bardziej chce się nam grać. Obecnie lubię jednak koncerty większe i bardziej kameralne. Często gramy tylko z Tomkiem Mreńcą w duecie i te występy są bardzo spokojne. Ale zdarzają się także wieczory takie jak dzisiejszy [rozmawiamy przed koncertem w Poznaniu – przyp. red.], podczas których występujemy z całym zespołem i wtedy gramy już nieco ostrzej.

Mam wrażenie, że twoja muzyka doskonale odnajduje się właśnie w takich małych przestrzeniach. Wiesz, bar, butelki whisky na stolikach, unoszący się w powietrzu dym…

Tak, ale dużo zależy też od przestrzeni, bo każde nowe miejsce powoduje, że ta muzyka jest w jakiś inny sposób odbierana i też dzięki temu inaczej można ją przekazać. Do tej pory mieliśmy okazję zagrać na kilku festiwalach oraz na większych scenach i tam też sprawdziło się to bardzo dobrze. Myślę, że ta muzyka wszędzie znajdzie swoje miejsce, musi tylko zostać w odpowiedni sposób zagrana.

Skąd w ogóle wzięła się twoja fascynacja muzyką akustyczną i folkową?

Od dziecka bardzo dużo słuchałem Dylana i Beatlesów. Można powiedzieć, że w zasadzie na tym się wychowałem. To byli moi muzyczni bohaterowie, myślę, że to od nich zaczęła się moja przygoda z muzyką tego typu.

Zamiłowanie do muzyki filmowej przyszło później?

Tak, ale bardziej wynikało to z tego, że ja po prostu uwielbiam oglądać filmy, które dodatkowo poruszają mnie na większym poziomie wtedy, gdy towarzyszy im dobrze dobrana, intensywna i wyraźna muzyka. Ja zacząłem ją postrzegać bardziej jako jeden z elementów tworzenia nastroju w filmie, taki, który działa z całością – aktorstwem czy obrazem. Fajnie jest być częścią tego klimatu, sam udział w tym wywołuje we mnie jakieś skrajnie pozytywne emocje.

Ostatnie pytanie: to prawda, że Daniel Spaleniak jest bardzo popularny w Turcji?

Tak przynajmniej wynika ze statystyk na Spotify (śmiech). Osobiście jednak tam nie byłem, więc nie mam pojęcia, jak to faktycznie wygląda. Nie wiem nawet, czy do Turcji są w ogóle wysyłane do dystrybucji moje płyty i czy ktokolwiek tam może je kupić. Natomiast to, że Stambuł jest drugim największym skupiskiem słuchaczy mojej muzyki, rzeczywiście jest jakimś szokiem. Widocznie Netflix musiał ich jakoś poruszyć…

Rozmawiał: Witold Regulski

Zdjęcia zrobiła Natalia Kranz.