“Myślę, że każdy zespół, który wyznaczy sobie przed Spring Breakiem jakiś plan i pomyśli, co chce osiągnąć, przy odrobinie szczęścia i samozaparcia może znaleźć kogoś, kto pomoże mu w karierze” – mówił nam Tomek Waśko, który jest odpowiedzialny za festiwal od samego początku. Co zrobić, żeby być w lineupie tego showcase’u? Jakie są plany biznesowe i perspektywy Spring Breaka? Co według Tomka będzie najmocniejszym elementem programu tegorocznej edycji?

JH: W 2014 roku mówiłeś w wywiadzie dla kultura.poznan.pl: “Gdyby patrzeć na pierwszą edycję Spring Break finansowo, musielibyśmy mówić o dużej porażce, bo jest to jedna z imprez, do której niestety dołożyliśmy”. Czy po kilku latach pracy i sukcesie showcase’u Spring Break opłaca się Wam biznesowo?
Szybko znaleźliśmy sponsora tytularnego, czyli firmę Enea. Mamy też konkretne wsparcie finansowe od miasta i naszych partnerów. To, czy w ogóle i ile zarabiamy, zależy od konkretnej edycji. Nie są to bardzo duże kwoty, ponieważ cały czas nie traktujemy Spring Breaka jako wydarzenie biznesowe, tylko ideowe. Uważamy, że ta impreza jest potrzebna. Na szczęście już od jakiegoś czasu nie trzeba do niej dokładać z budżetów innych koncertów, jak przy pierwszej i drugiej edycji.
JK: Jak wyglądają Wasze plany współpracy Eneą, sponsorem tytularnym?
Enea jest z nami od 2015 roku i to my się do nich zgłosiliśmy. Teraz mamy ostatni rok oficjalnej współpracy, ale liczymy na to, że Enea zostanie ze Spring Breakiem na dłużej.
JK: Jako Go Ahead organizujecie też większe lub bardziej komercyjne trasy koncertowe. Jak różnią się one od bookowania mniejszych artystów na festiwal?
Całkowicie. Przy Spring Breaku często rozmawiamy z artystami, którzy nie mają jeszcze swoich managerów czy bookerów. Założeniem tego festiwalu jest przecież pokazanie wielu młodych i debiutujących wykonawców. Zgłaszają się do nas osobiście, a to zupełnie inny poziom kontaktu, niż na przykład przy organizacji ostatniego koncertu Florence and The Machine na Atlas Arenie. Z komercyjnymi artystami toczymy negocjacje na wysokim szczeblu finansowym i merytorycznym, mając do czynienia z całym sztabem ludzi. Młodzi i debiutujący artyści bardzo często bookują się sami.


JH: Wróćmy do debiutantów. Często dostawaliśmy pytania od młodych i zaprzyjaźnionych zespołów: co zrobić, żeby zagrać na Spring Breaku? Jak powinno wyglądać idealne zgłoszenie i kiedy trzeba je wysłać?
Chciałbym zaznaczyć, że nie ma czegoś takiego jak idealne zgłoszenie. Trzeba po prostu umieć nas zainteresować. Niestety, jest bardzo dużo zgłoszeń, które trafiają do nas za późno. Zdarzają się zespoły kontaktujące się z nami tydzień przed festiwalem, na przykład wczoraj (śmiech). Idealnym momentem na wysłanie maila są okolice listopada i grudnia. Wtedy zaczynamy myśleć o pełnym line upie, chociaż oczywiście headlinerów planujemy od razu po zakończeniu poprzedniej edycji. Na pewno a priori odpadają zespoły wysyłające taką samą wiadomość do nas i do innych adresatów, których niestety zapominają usunąć. Dołączają do maila trzydzieści festiwali, pisząc: „Jesteśmy idealnym zespołem, żeby u was zagrać!”, a adresatem jesteśmy nie tylko my, ale też Open’er, Off Camera i OFF Festival. Mam więc nieformalną radę, żeby chociaż adresy mailowe wpisywać w ukrytej kopii. A zupełnie serio, oczywiście konieczne są linki do muzyki: najlepiej na Soundclouda, Bandcampa czy YouTube’a. Pamiętajcie też, by nie załączać bardzo ciężkich plików, ponieważ często odsłuchujemy muzykę na komórce – łatwiej jest to zrobić w sieci, niż ściągać duże pliki.
JH: Czyli są to zupełne podstawy. Mam wrażenie, że rynek muzyczny potrzebuje właśnie takich prostych, marketingowych porad.
Rzeczywiście, cały czas niestety tak jest.
JK: Pamiętam, że kiedy kilka lat temu na Spring Breaku był panel dziennikarski, Jarek Szubrycht prosił agencje i managerów, żeby nie wysyłali do 50-ciu dziennikarzy tego samego maila.
Jeżeli nie wiesz, do kogo piszesz i nie wiesz, po co piszesz, to tak naprawdę trochę pokazujesz, że nie do końca masz świadomość, o co chodzi w twojej karierze muzycznej. W tego rodzaju kontaktach trzeba być pewnym swego, bo pisanie do wszystkich jest jak kierowanie komunikatu do nikogo.


JK: Spring Break to jednocześnie wydarzenie dla debiutantów, uznanych artystów i osób z branży muzycznej. Z tego powodu ten showcase ma trochę podwójny charakter – jak dobieracie koncerty, panele i inne wydarzenia, żeby program był zrównoważony?
To jest trochę przeciąganie liny z jednej strony na drugą – nie chcemy stracić z pola widzenia debiutujących zespołów. Dzięki temu, że publiczność kupuje karnet z myślą o uznanym artyście, idzie też na inne koncerty tych bardziej niszowych wykonawców. Mamy więc duże sceny na Placu Wolności, czy na Dziedzińcu Różanym i w Sali Wielkiej, gdzie występują artyści o bardziej uznanych markach. Ale staramy się, żeby mimo wszystko – chociażby w Sali Wielkiej – pojawili się też mniej komercyjni wykonawcy. W tym roku to Resina, Enchanted Hunters czy Kasia Lins. Oczywiście, na Placu Wolności, który jest największą strefą koncertową i ukłonem w stronę publiczności masowej, nie zrobimy koncertu debiutującego artysty, bo rzucilibyśmy go na zbyt głęboką wodę. Tam muszą pojawić się wykonawcy, którzy poradzą sobie z wielką sceną i dużą publicznością, jak The Dumplings czy Daria Zawiałow.
JK: Wasza współpraca z klubami i innymi miejscami bardzo rozwinęła się od czasu pierwszej edycji.
Tak, wtedy udział brało tylko 6 klubów i CK Zamek. Nowe miejsca wciąż dołączają do festiwalu, z każdą edycją jest ich coraz więcej. Rok temu było 20 miejsc koncertowo-dyskusyjnych, teraz jest to aż 25, czy 26. Ta liczba coraz bardziej się rozrasta, dlatego logistyka festiwalu jest coraz trudniejsza.
JH: Co na tym etapie rozwoju festiwalu jest dla Was największym wyzwaniem?
Ułożenie harmonogramu festiwalu. Nigdy nie uda się zadowolić wszystkich uczestników. Widać to zresztą po komentarzach, kiedy publikujemy rozpiskę na Facebooku czy na stronie. Jednak za tym planem stoi wiele godzin naszej pracy, przemyśleń, strategicznych decyzji i antycypowania tego, jak publiczność na takim festiwalu może się ewentualnie zachować. Czasami z premedytacją ustawiamy dwa silne zespoły w tym samym czasie, żeby nie dopuścić do sytuacji, w której 5000 widzów idzie do Sali Wielkiej mieszczącej 800 osób. Decyzję o miejscu danego koncertu podejmujemy dużo wcześniej przed festiwalem. Nie wiemy wtedy, czy płyta, którą zespół wyda w marcu, zaskoczy u widzów pozytywnie – być może artysta zdobędzie popularność i nagle okaże się, że klub, do którego go wrzuciliśmy, będzie za mały wobec takiej nagłej popularności.


JK: Czy kluby dobieracie według jakiegoś klucza?
Od pierwszej edycji korzeń festiwalu stanowią kluby, które były z nami na początku. Ta grupa z roku na rok się rozrasta. Po pojawieniu się Tamy, Próżności czy Rewirów, naturalne było ich zaangażowanie. W tym roku widać, że staramy się angażować przestrzenie, które nie kojarzą się z koncertami, jak na przykład dziedziniec szkoły baletowej na Gołębiej, gdzie zagrają zespoły wytypowane przez Songwriter Festival i Dziedziniec Starego Browaru. To często pokłosie nieformalnych spotkań i wielu rozmów, nie planujemy tego na siłę. To naturalny proces. Zawsze podkreślam, że Spring Break to nie jest festiwal należący wyłącznie do Go Ahead, ale do całego Poznania i branży muzycznej. Im więcej podmiotów jest z tym festiwalem związanych, tym lepiej dla całej imprezy.
JH: Do czego chcecie dążyć w tworzeniu festiwalu? Marzycie jeszcze o czymś w kontekście organizacji?
Festiwal nigdy nie jest skończoną tkanką, jednak na pewno nie chcemy zmieniać liczby karnetów. Wydaje nam się, że 5000 to optymalna liczba na ten festiwal. Limit Placu Wolności to coś, czego chcemy się trzymać. Modelować możemy tylko nowymi miejscami i pomysłami na lokalizację. Wiecie, obserwuję to, w jaki sposób wygląda teraz Reeperbahn Festival w Hamburgu – to showcase, który niezwykle się rozrósł i niestety do 90% klubów nie da się wejść. A my nie chcielibyśmy dopuścić do takiej sytuacji.
JK: A jak wygląda organizacja części konferencyjnej? Ludzie zgłaszają się do was sami?
Tak! Bardzo wiele podmiotów zgłasza się do nas niezależnie – wytwórnie, managerowie i organizacje. W tym roku mamy bardzo duże wsparcie Instytutu Adama Mickiewicza, który zaprosił wielu zagranicznych gości do udziału w panelach. Myślę, że tegoroczne spotkania mają szansę być najciekawszymi spośród wszystkich edycji.


JH: Jak oceniasz rynek konferencji branży muzycznej?
Bardzo wiele dobrych słów słyszałem o konferencji Tak Brzmi Miasto w Krakowie. Znam organizatorów i szczerze im kibicuję. W tym roku Fryderyki także rozwinęły się konferencyjnie. Fakt, że Enea Spring Break zafunkcjonowała w tym kontekście, pokazał, że ludziom brakuje tego typu spotkań. Cieszy mnie, że festiwalowicze docierają na panele nawet o barbarzyńskiej godzinie 9:30.
JH: Podzielasz zdanie, że Spring Break to jeden z nielicznych w Polsce festiwali, które mogą mieć wpływ na kariery młodych artystów?
Jest wiele takich przykładów! Na przykład Piotr Zioła poznał na jednym z afterów swoją managerkę. Terrific Sunday podpisali kontrakt z Sony. Wielu artystów przyjął Kayax. Kiedy zerkniesz sobie na młode zespoły w line upie Open’era, to 90% z nich wcześniej było u nas. Delegaci z innych imprez przyjeżdżają tutaj po to, aby chodzić na koncerty i szukać talentów. Myślę, że każdy zespół, który sobie wyznaczy przed festiwalem jakiś plan i przemyśli, co chce osiągnąć, przy odrobinie szczęścia i samozaparcia może znaleźć kogoś, kto pomoże mu w karierze.

Rozmawiały: Jolanta Kikiewicz i Joanna Hała

Zdjęcia zrobił Damien Niemczal.