„To przełamanie wizerunku” – mówi duet Tęskno o piosence „Bzdury”. Przed poznańskim koncertem w Blue Note Joanna Longić i Hania Rani opowiedziały nam o pozornej melancholii, znaczeniu miejsc w procesie tworzenia, o dziewczyńskiej muzyce i najlepszej na świecie pani akustyk.

Na samym początku chciałam zapytać o melancholię – jest często wspominana w recenzjach i artykułach. Wracałam przed naszą rozmową kolejny raz do waszej płyty i pomyślałam, że jednak jest tam dużo radości, tempa, ale też momentów ciepłych i kojących.

Joanna Longić: O to nam chodziło. Zupełnie nie byłyśmy nastawione na melancholię, ale być może mamy osobowości, które idą w odrobinę depresyjną stronę (śmiech), w stronę rozmyślania i refleksji. Może to kojarzyć się z melancholią, ale założenie było takie, żeby zawsze znalazła się odrobina nadziei – czy to w tekście, czy w melodii. Piosenki z „Mi” wcale nie są takie smutne, a przynajmniej my tego tak nie odbieramy.

Hania Rani: Ja myślę, że to bardziej jest refleksja i zastanawianie się nad różnymi kwestiami niż melancholia. Może refleksja przyświeca naszej muzyce, a niektórzy nazywają ją melancholią. Nie jest to zawsze zastanawianie się nad smutnymi rzeczami czy zasmucanie się, moim zdaniem to po prostu przyglądanie się rzeczom, sytuacjom, zjawiskom.

Piszecie już materiał na kolejną płytę? Czy powstaje coś nowego?

JL: Uwielbiamy to pytanie (śmiech). Dopiero wyszła nasza debiutancka płyta. Jest już jeden nowy utwór, który gramy na koncertach, czyli „Bzdury”. Napisałyśmy go trochę po to, żeby zaprzeczyć tej melancholii. Do tekstu wkradł się nawet sarkazm. Ale nadal to jest bardzo pozytywna piosenka.

HR: To przełamanie wizerunku, jak powiedziała Asia na jednym z koncertów. Agnieszka Szydłowska w wywiadzie dla Trójki kiedyś nas zapytała: „Czy wy zawsze będziecie takie grzeczne?” i to nas zmotywowało.

Czyli trochę z przekory?

HR: Nie do końca o to chodzi – po prostu trudno jest napisać coś bardzo żywiołowego na taki skład, jak nasz. Ostatnio pierwszy raz od dawna grałyśmy koncert z całym kwintetem smyczkowym i jest w tym olbrzymia energia, kiedy oni grają, to czasami wydaje mi się, że wióry lecą. Z zewnątrz, dla odbiorcy, to wciąż brzmi jednak mniej energetycznie, niż kiedy puścimy prosty arpeggiator na syntezatorze, co jest zabawne. Tak naprawdę używając samego syntezatora robimy mniej i nasz wysiłek też jest mniejszy, a jednak taka muzyka od razu brzmi bardziej tanecznie. Granie na smyczkach będzie zawsze brzmiało bardziej subtelnie, ze względu na specyfikę instrumentów.

Dlatego zaczynam zastanawiać się nad pytaniami o melancholię. Być może tu leży odpowiedź.

JL: Smyczki właśnie tak się kojarzą.

A jak wygląda sam proces pisania utworów? Macie jakąś regułę, a może każda piosenka jest pisana inaczej?

JL: Jest bardzo różnie. Były przypadki, że muzyczny szkic utworu stawał się od razu jego końcową formą. Wtedy tekst trzeba napisać pod każdą sylabę osobno, dopasować się z nim do gotowej już linii melodycznej. Nie jest to najprostsze, ale da się zrobić. Na całe szczęście w naszym języku mamy wiele różnych słów, których można użyć. Można szukać słów na cztery sylaby, na jedną sylabą i tak dalej. Tych na jedną jest najmniej – to kłopotliwe, ale też da się je znaleźć. Czasami proces pisania utworów jest bardziej wspólny, wtedy prawie w tym samym czasie powstaje i muzyka, i tekst, które na siebie wzajemnie oddziałują. Raz zdarzyło się, że najpierw był tytuł, a potem powstało wszystko inne.

HR: Tak było z piosenką „Mięsień”.

Podczas odsłuchu debiutu miałam wrażenie, że utwory są bardzo harmonijne. Czy sam proces pisania też jest harmonijny? Czy może zdarzają wam się burzliwe momenty i dyskusje?

HR: Dyskusje pojawiają się chyba bardziej na etapie aranżacji. Podczas powstawania płyty, przy ostatnim etapie produkcji i układania wszystkich utworów dużo dyskutowałyśmy, zastanawiając się, czego ma być więcej, a czego mniej. Może też dlatego, że wiele rzeczy nas interesuje i nie uciekamy ani od melancholii, ani od innych wątków. Staramy się szukać różnych możliwości. Wydaje mi się, że próbujemy się dostosować do tego, co przynosi muzyka albo tekst i potem zobaczyć, co z tego wyjdzie.

W jednym z wywiadów wspominałyście o „bezkompromisowej swobodzie”. Czy zdarza się tak, że musicie iść na kompromisy w pisaniu lub na etapie promocyjnym i marketingowym?

JL: Nie, nie miałyśmy jeszcze takiej sytuacji. Może po prostu mamy szczęście, a może dlatego, że to początek naszej drogi i jeszcze nic podobnego nas nie spotkało. Jak najbardziej możemy sobie pozwolić na wszystko, co nam się żywnie podoba. A nawet gdyby ktoś odważył się postawić nas pod ścianą i żądać czegoś wbrew naszej woli to nic by nie wskórał.

Nazbierało wam się nagród i wyróżnień. Wasz debiut był w czołówce Polskich Płyt Roku 2018 „Gazety Wyborczej”, na 1. miejscu zestawienia Interii, otrzymałyście też Nagrodę im. Grzegorza Ciechowskiego.

JL: Wyróżnienia dużo dla nas znaczą. Nie mogłoby być inaczej, zwłaszcza, że w rankingu „Gazety Wyborczej” oceniało nas tak wiele osób. To było czterdziestu paru dziennikarzy z różnych kręgów, więc to, że trafiłyśmy tam tak wysoko bardzo nas cieszy.

HR: Myślałam, że oceniał tam jeden dziennikarz! (śmiech).

JL: Nie, właśnie o to chodziło w tym rankingu, że oceniało wiele osób! (śmiech). No i wspaniale, to dodaje skrzydeł i zachęca do tego, żeby działać dalej.

HR: Kiedy pojawia się taki anons o wyróżnieniu, nadal mi się wydaje, że chodzi o jakiś inny zespół. Wrzucam na facebooka informacje co właśnie się wydarzyło, ale chyba nie dociera to do mnie. Zresztą Fryderyki, które się niebawem odbędą [rozmawiamy przed Galą w Katowicach – przyp. red.], nie mają drukowanych zaproszeń, tylko takie w PDF’ie, przynajmniej my takie otrzymałyśmy. Więc jest to trochę śmieszne, że nasze życie wygląda mniej więcej tak samo jak wcześniej, ale rzeczywiście wyróżnienia są niesamowite, wydaje mi się, że to są spore rzeczy. Właśnie, może wy ocenicie to jako dziennikarze? Jak to wygląda z Waszej perspektywy?

Wydaje mi się, że zwłaszcza ranking „Gazety Wyborczej” jest konkretnym wyróżnieniem. Wiele osób wyczekuje ich corocznego zestawienia, jest to też przedmiot dyskusji. Czy po takich momentach zauważacie większe przypływy fanów?

HR: Na pewno zainteresowanie po nagrodach i wyróżnieniach trochę się zwiększa. Na przykład po nagrodzie z Radiowego Domu Kultury, gdzie wygrałyśmy z Dawidem Podsiadło. Dzwoniły dziewczyny z RDK, czytały listę laureatów i byłam pewna, że dzwonią do nas, bo nie mogą się dodzwonić do faktycznego laureata. Powiedziałam sobie: no dobra, wypowiem się w imieniu tamtego laureata (śmiech). W RDK czytają miejsca rankingu od końca i właśnie na końcu byłyśmy my. Naprawdę, myślałam, że to pomyłka.

To co, teraz wasza kolej na koncert na Torwarze, jak Dawid Podsiadło?

HR: No nie wiem, chyba ciężko byłoby zagrać naszą muzykę na Torwarze ze względu na atmosferę boiska. Ale Studio Lutosławskiego? I inne bardziej klimatyczne sale…

[W tym momencie na backstage weszła akustyk, Agata Dankowska – przyp. red.]

HR: To jest nasza najlepsza na świecie pani akustyk, Agata Dankowska.

JL: Może pytanie do Agaty – jak ci się nagłaśnia koncerty?

HR: To jest właśnie znak naszego sukcesu, że jesteśmy w stanie sobie pozwolić na akustyka – wcześniej to była tragedia.

Agata Dankowska: Strasznie się cieszę (śmiech).

HR: Przedtem każdy koncert był walką na śmierć i życie, żeby w ogóle zabrzmiał, bo granie z kwintetem jest szczególnie skomplikowane, wymaga znajomości sali, specyfiki instrumentów akustycznych i oczywiście muzyki. Dlatego teraz Agata to nasz największy skarb.

Rzeczywiście, mam pytanie do was wszystkich – współpracujecie też z fotografką Karoliną Konieczną i wokół was są ciekawe kobiety. Jak patrzycie na sytuację kobiet artystek? Myślicie, że ma to dziś w ogóle jakieś znaczenie? Bardzo ciekawią mnie wasze doświadczenia i wrażenia.

HR: Myślę, że to nawet nasz plus. Ostatnio sporo słychać dyskusji na ten temat, “dziewczyńskość” stała się fajna, odważna i ciekawa. Kobiety czują się coraz pewniej w zawodach wcześniej kojarzonych jedynie z mężczyznami. Na przykład nasza Agata, często kiedy przychodzi na soundcheck, słyszy: „A gdzie jest wasz akustyk?!” i Agata odpowiada na to: “Właśnie stoi przed wami”. Potem już nie ma żadnych pytań, bo Agata doskonale robi swoją robotę i pewnie zna się na tym lepiej, niż niejeden facet.

AD: Czego ja się tu dowiaduję… (śmiech)

JL: Być może to, co dzieje się wokół, otworzyło nam drogę. Da się wyczuć panującą przychylność wobec działań kobiet, zwrócenie uwagi na to, żeby nie utrudniać im dzielenia się swoją twórczością. Tęskno ma tego pierwiastka kobiecego wyjątkowo dużo w sobie. Cieszy mnie poruszenie w branży nie tylko muzycznej ale i filmowej, to że nadużycia trzymane w tajemnicy przez lata wychodzą na jaw i toczy się publiczna dyskusja na ten temat. Milczenie nie przynosi niczego dobrego.

HR: My za bardzo nie manifestujemy czegokolwiek. Wydaje mi się że, muzyka nie jest obszarem, w którym chcemy się wypowiadać na takie tematy, a może robi to za nas sama?

Chciałabym zapytać o kwestię z nieco innej beczki. Co dla Was znaczą miejsca? Wspominałyście w różnych wywiadach o nagrywaniu w Kotlinie Kłodzkiej, występie na Festiwalu Tchnienia w Bieszczadach czy koncercie na ubiegłorocznym Spring Break w Poznaniu.

HR: Miejsca są dla nas bardzo ważne! Miejsce nagrywania płyty nie było przypadkowe i dzięki wsparciu wielu osób udało się nagrać płytę w wyjątkowym studiu Monochrom, w Kotlinie Kłodzkiej. To jest na końcu świata, Monochrom nie ma adresu na stronie internetowej, tylko współrzędne geograficzne. Prowadzi to dwójka wspaniałych ludzi – Ignacy i Natalia. Poza świetnym sprzętem, salą czy mikrofonami to oni są dodatkową wartością tego miejsca. Do Monochromu chce się wracać, człowiek czuje się tam swobodnie i wyjeżdża naładowany dobrą energią. Nie przewidziałyśmy, że nagrywanie w Monochromie będzie tak wyglądać. Samo miejsce umożliwia szczególny rodzaj skupienia. Brak zasięgu też pomaga, nie zerka się na telefon, bo nawet nie ma po co. Podobnie było na festiwalu “Tchnienia” w Bieszczadach, gdzie również nie było zasięgu, a w pewnym momencie nawet nie było prądu. Wtedy smartfon traci na wartości, bo nie spełnia swoich najważniejszych funkcji. Można się trochę zapomnieć i ludzie na koncertach w takich miejscach inaczej odbierają muzykę. W Bieszczadach zdarzyło nam się, że cała sala śpiewała długo po tym, kiedy przestałyśmy śpiewać. Kiedy jest możliwość skupienia i obecności w ludziach włączają się inne obszary. Ale taki stan nie musi trwać wiecznie – to mogą być chwile, które potem doceniamy, za którymi tęsknimy.

Projektujecie swoją muzykę specjalnie pod koncerty na świeżym powietrzu? Pamiętam z Openera koncert Jamesa Blake’a i chyba trudno mu było zagrać swoją muzykę na scenie głównej festiwalu. Ma trochę kameralne brzmienie i mam wrażenie, że musi się bardzo napracować, żeby dopasować swoją muzykę do warunków dużego festiwalu.

HR: Nasz menager Paweł Trzciński opowiadał, że grupa nielicznych artystów światowych, którzy grają na stadionach, pisze muzykę specjalnie pod te gigantyczne przestrzenie. Musi być wolniejsza, ponieważ dźwięk ma do pokonania sporą odległość. Musi też być odpowiednio spektakularna, więc w takich sytuacjach trzeba myśleć o muzyce z innej strony. My na razie działamy tak, że mamy konkretny projekt i gramy prawie wszędzie – jeżeli można zagrać na Openerze, to super. Nie wybieramy tylko tych miejsc, które idealnie wpisałyby się w nasz sposób grania.

JL: Ale jeżeli to jest organizowana przez nas trasa staramy się wybierać miejsca tak, żeby były odpowiednie i miały też odpowiedni akustyczny instrument – fortepian lub pianino. To daje nam poczucie komfortu.

HR: Tak, teraz jest to nieco łatwiejsze niż wcześniej. Open’er był ciekawy pod tym względem, że sam koncert był dosyć subtelny, a słuchacze mogli się położyć na trawie. Dostałyśmy po tym występie dużo pozytywnych wiadomości. Obronienie naszej muzyki w otwartej przestrzeni czasem jest problematyczne. Tak było też na Openerze, gdzie dźwięk uciekał, a do namiotu wpadały odgłosy basu i perkusji z innego koncertu. Grałyśmy w środku dnia, w pełnym słońcu, więc można sobie wyobrazić, że wtedy muzyka jest inaczej odbierana.

JL: Jak mówiłyśmy wcześniej o smyczkach: mimo że bywają zagrane bardzo szybko i wymagają naprawdę dużo energii, nie mają takiej mocy, żeby przebić się nad perkusją czy basami. Jednak to, co nam może wydawać się negatywne – jak odczucie, że atmosferze brakowało intymności, bywa inaczej odbierane przez publiczność. Dlatego nie nastawiamy się, że już nigdy nie zagramy na świeżym powietrzu i tylko w zamkniętych katedrach (śmiech).

HR: Może bardziej chodzi o granie nocą? Wydaje mi się, że dzień jest generalnie trudną porą do grania koncertów. Rzadko występuje się w dzień, wtedy człowiek musi wbić się w specyficzny tryb. Dodatkowo, na Openerze po raz pierwszy miałyśmy nasze garnitury, a był ogromny upał. To było dosyć zabawne.

W podsumowaniu roku GŁOŚNIEJ mówiłyście nam, że planujecie zagraniczne festiwale, ale nie możecie zdradzić szczegółów. Czy już możecie coś o tym powiedzieć?

JL: (śmiech) Nadal nie.

HR: Ale będą jeszcze większe koncerty!

JL: I jeszcze dalej.

HR: Już niedługo, w marcu, będzie coś wiadomo. To będzie duża próba Tęskno.

Znowu na świeżym powietrzu?

HR: W dużo wyższych temperaturach.

JL: Egzotyczne klimaty…

Będziemy trzymać kciuki. A jakie są wasze inspiracje muzyczne? W wywiadach wspominacie Nilsa Frahma czy właśnie Jamesa Blake’a – wydaje mi się, że to są muzycy, którzy gatunkowo mogą wręcz sami narzucać się przy odsłuchu „Mi”. Trudno też uciec od skojarzeń z Ólafurem Arnaldsem. Macie może inspiracje, które nie przyszłyby słuchaczom do głowy?

HR: „Układ sił” był mocno inspirowany klimatem hiphopowym. Nawet nie o to chodzi, że słuchałyśmy hiphopu, ale styl śpiewania jest podobny do melorecytacji. Pierwsze szkice tego utworu na telefonie były podpisane „Hip Hop”. Czasem nasze inspiracje są bardzo dalekie, potem przekładamy je na nasz język muzyczny i nasze instrumenty, wtedy robi się ciekawie.

Wspominasz o własnym języku muzycznym – czy wykształcenie klasyczne wam pomaga, przeszkadza w graniu swojej muzyki? Czerpiecie pełnymi garściami z doświadczenia, czy są to osobne przeżycia?

JL: Wszystko się łączy, trudno byłoby całkowicie się odciąć. Dużo poszukujemy i jesteśmy otwarte na różne wpływy, które przepuszczone przez naszą wrażliwość w efekcie końcowym tworzą spójne dzieło. Zastanawiam się, co by było, gdybyśmy uparły się, żeby zrobić coś zupełnie innego? Chyba i tak efekt byłby podobny, bo jest to w nas tak silne.

HR: Nawet numer z Duitem “Razem” jest bardzo subtelny, chociaż jest tam dużo perkusji. Ale nie każdy wie, że Duit to straszny romantyk, uwielbia taką nastrojową muzykę. Był naszym pierwszym fanem – po kilku miesiącach przyznał mi się, że kiedy dwa lata temu wrzuciłyśmy „Kombinacje” do internetu, on ściągnął to jako mp3 z YouTube, żeby słuchać sobie tej piosenki w domu (śmiech). Więc wybór producenta był oczywisty.

Czyli potrzebny jest romantyk. A czego słuchacie teraz – w trasie, w domu?

JL: Ja Sufjana Stevensa i nowej płyty Solange.

HR: To powinien być koniec tego wywiadu! Czasami słuchamy tego, co jest w samochodzie, Paweł [menager – przyp. red.] ma swój wybór artystów. Długo nie słuchałam ostatniej płyty Ólafura Arnaldsa, przesłuchałam ją dopiero po roku i uważam, że jest niesamowicie wyprodukowana pod względem połączenia elektroniki z innymi brzmieniami – nie spodziewałam się, że znajdzie się na niej tyle popowej elektroniki. Album jest genialnie zmiksowany, nie ma tam żadnego dysonansu, bo wszystko płynie spójnie. To majstersztyk pod względem producenckim i świadczy o tym, jakim Arnalds jest wszechstronnym muzykiem. A, i nowy James Blake – to też jest u mnie na ripicie.

Podobnie jak „Mi”, jego nowa płyta jest jednocześnie harmonijna, radosna i melancholijna.

HR: Tak, jest pozytywny, rozczulający. Mój ulubiony utwór to „Where’s The Catch” z André 3000.

Mówisz o produkcji – macie takie momenty, że słuchacie czyjejś płyty, podoba wam się konkretne rozwiązanie producenckie i chcecie je zastosować?

HR: Na pewno kilka pomysłów znalazłyśmy właśnie u Jamesa Blake’a. Kiedy ktoś wsłucha się w nasze chórki (np. w utworze “Z chaosu”), zauważy, że sporo jest ich pozapętlanych w tle.. Były bardzo inspirowane Jamesem Blakiem, Son Lux czy ostatnią płytą Radiohead.

Tak, mam wrażenie, że „Mi”, podobnie jak „A Moon Shaped Pool”, pomaga się skupić w spokojny i pokojowy sposób, że te albumy mają podobną jakość pod względem atmosfery.

HR: Wspaniale to słyszeć! Uwielbiamy tę płytę.

Dziękujemy za rozmowę.

 

Tekst: Jola Kikiewicz

Zdjęcia: Damian Niemczal