„Cieszę się, że stworzyliśmy taki rodzaj muzyki – nie wiadomo, jak się nazywa, ale jest zupełnie inny niż pozostałe” – mówił nam Łukasz Marciniak przed koncertem trio –io w Klubie Dragon. Muzyk koncertuje z kolejnym składem, nagrywającym współczesną muzykę kameralną. Łukasza Marciniaka możecie kojarzyć także z zespołów Makemake i Brzoska/Marciniak/Markiewicz. W rozmowie z Jolą Kikiewicz opowiedział o muzycznych etykietkach, polskich klubach i nadchodzących płytach.

Wielu dziennikarzy w recenzjach pisze o twoich projektach, że są niszowe. Bartek Chaciński użył określenia „antysystemowcy”. Zgadzasz się z tym?

Nie planuję, żeby były niszowe, ale w jakiś sposób są. Widać to chociażby po ilości osób, które przychodzą na koncert. Wynika to też z tego, że nie jesteśmy super znani. Zespół, który dzisiaj będzie grał w Dragonie [trio -io – przyp. red.] istnieje od roku, za miesiąc ukaże się płyta w Bôłt Records – wygląda na to, że to także niszowe granie. Muzyka, która nie jest skierowana do masowego odbiorcy, która jest trudniejsza w odbiorze i wymaga skupienia, chyba zawsze będzie niszowa. Czy to jest muzyka poza systemem? Nie wiem. Ta wypowiedź Chacińskiego dotyczyła pierwszej płyty Makemake i wydawnictwa Złe Litery. Bardzo ciekawe, że tak o tym napisał. Po przeczytaniu zacząłem się zastanawiać, co to właściwie miało znaczyć. Pisał: „za mało swingu jak na jazzmanów, […] dla twórców ambient – za dużo się dzieje, dla noise’owców – za dużo jest cichych i wydelikaconych partii” – więc nasze granie nie wchodzi w żadną szufladkę. To bardzo dobrze, cieszę się, że stworzyliśmy taki rodzaj muzyki – nie wiadomo, jak się nazywa, ale jest zupełnie inny niż pozostałe.

Dziennikarze bardzo się gimnastykują, żeby wszędzie przypisać jakąś etykietkę.

Tak. My przypisaliśmy jakieś gatunki naszej muzyce, żeby móc ułatwić życie dziennikarzom czy organizatorom, którzy czytają ofertę koncertową, a nie chcą przedtem posłuchać samej muzyki [śmiech]. Trzeba jakoś nazwać nasze granie, więc określamy je różnie. Trio –io opisaliśmy jako „współczesną muzykę kameralną w połączeniu ze swobodną improwizacją”, bo tak właśnie gramy. Muzyka kameralna – ponieważ jesteśmy triem, mamy takie, a nie inne instrumentarium [flet poprzeczny, gitara elektryczna i skrzypce – przyp. red.]. Realizujemy też pewne założenia współczesnej kameralistyki, a do tego łączymy to ze swobodną improwizacją.

To na pewno pozwala się zorientować, kiedy odbiorca kompletnie nie wie, czego się spodziewać. Słuchając twoich płyt miałam wrażenie, że aktualny skład, trio –io, rzeczywiście jest trochę bardziej kameralny. Słychać wyraźną różnicę w stosunku do Makemake. Na jakiej podstawie dobierasz kolejne projekty?

Nie mam na to żadnego wzoru. Tak się akurat złożyło, że wszystkie zespoły, w których grałem, założyłem sam… może to złe określenie: zaproponowałem innym artystom wspólne granie, stworzenie czegoś. Nie polega to na tym, że od razu próbujemy założyć zespół: może byśmy się spotkali, może byśmy coś pograli, tak się zawiązują zespoły. Z Zosią i Kubą [z trio –io – przyp. red.] poznaliśmy się na festiwalu we Wrocławiu, na którym grali z innym składem. Ja byłem tam z Makemake. Mówili, że chcą się osiedlić na Śląsku i pytali, czy jest tu jakaś scena improwizowana. Powiedziałem im, że raczej jest z tym kiepsko – ale jeżeli przyjadą, możemy coś stworzyć. Zdzwoniliśmy się, spotkaliśmy, okazało się, że jest to warte grania. Tak zawiązał się zespół – bo nie jest to projekt na chwilę, a raczej zespół. Mam nadzieję, że będzie długo funkcjonował.

Czego szukasz w osobach, z którymi robisz takie kolaboracje?

Przede wszystkim własnych języków muzycznych – na tym to głównie polega. Żeby każdy wniósł coś swojego.

W twoich biogramach również można przeczytać, że „pracujesz nad własnym językiem artykulacji”. Jak ci idzie?

Staram się ciągle rozwijać, w związku z tym ten język ciągle ewoluuje. Poszukuję wewnątrz siebie: żeby to było moje, naturalne, ale i ciekawe. Najlepiej, gdyby było to coś, czego wcześniej nie było.

Co sprawia, że wracasz czasem do starych projektów?

Chodzi o to, że nie są to projekty: to zespoły, cały czas w użyciu. Makemake było właśnie zespołem, który spotykał się na regularnych próbach. Na pierwszej płycie nagrywaliśmy same improwizacje – album po prostu powstał dzięki temu, że graliśmy. Na drugiej płycie Makemake stało się już inaczej grającym, ale ciągle pracującym zespołem, potem z różnych powodów się rozwiązało. Brzoska/Marciniak/Markiewicz nagrało właśnie drugą płytę, która ukaże się prawdopodobnie w pierwszej połowie tego roku. To również zespół, który wciąż pracuje i ma plany, żeby tworzyć dalej. Mamy jeszcze pewne koncepty, które chcemy zrealizować, bo dobrze nam się ze sobą współpracuje – muzycznie i pozamuzycznie.

Jakie koncepty umieściliście na drugiej płycie?

Druga płyta jest właściwie taka jak pierwsza: to wybór wierszy Wojtka [Brzoski – przyp. red.] i muzyka, której część skomponowałem, a której część powstała w trakcie kolektywnej improwizacji. Nie jest tak koncepcyjna, jak planujemy w przypadku kolejnego albumu. Trzecią płytę mam już w głowie – nie wiem, kiedy się ukaże, ale wiem, jak będzie wyglądać.

Wiadomo już, kiedy konkretnie pojawi się druga płyta Brzoska/Marciniak/Markiewicz?

Jest z tym mały problem. Płyta trio –io ukaże się w połowie lub pod koniec lutego, a nie chciałbym wypuścić dwóch na raz. Dlatego trochę odwlekam, chociaż chłopaki chcą, żeby stało się to jak najszybciej. To wydawca, Fundacja Kaisera Soze, kiedy upora się ze swoim zadaniem, zdecyduje, kiedy ukaże się druga płyta z Brzoską i Markiewiczem.

Będziesz miał bogaty rok pod względem wydawnictw.

Tak, bardzo się cieszę, pierwszy raz wypuszczę dwie płyty w ciągu jednego roku. Możliwe, że ukaże się ich jeszcze więcej – są również plany nagrań z australijską pianistką, Gabriellą Smart. Spotkaliśmy się, kiedy była na rezydencji w Katowicach i graliśmy wspólne improwizacje. Zagraliśmy jedną próbę i to wystarczyło, było na tyle ciekawie i atrakcyjnie, że zaplanowaliśmy współpracę.

Polski rynek muzyczny rozwija się prężnie i jest w coraz lepszej kondycji. Czy ze swojej perspektywy, jako artysty, widzisz konkretne rozwiązanie, którego brakuje polskiej branży muzycznej?

Zgodzę się, że rynek jest okej. Na pewno można zmienić w nim jedną rzecz: dawać jak najwięcej dotacji dla różnych mądrych instytucji, żeby te mogły wydawać pieniądze na artystów i propagowanie sztuki. Nie musielibyśmy wtedy grać za półdarmo lub za bilety, tylko za wynagrodzenie, które każdy z nas chce otrzymywać za swoją pracę. Wydaje mi się, że liczba klubów i przestrzeni do grania jest duża. Rotacyjnie się zmienia: powstają nowe, a inne się zamykają. Jednych szkoda bardziej, drugich mniej. W wielu salach gra się komfortowo, pracuje się z dobrymi akustykami.

Masz ulubione kluby w Polsce?

Tak, jednym z nich jest Dragon [w Poznaniu – przyp. red.]. Kolejne miejsce to Mózg w Bydgoszczy i Proza we Wrocławiu, bardzo lubię Hipnozę w Katowicach. Nie grałem nigdy w krakowskiej Alchemii, ale to również dobre miejsce do grania koncertów. Najbardziej lubię kameralne i intymne przestrzenie, najlepiej z oddzieloną przestrzenią koncertową od barowej. Często jest tak, że już wchodząc na scenę na próbę dźwięku, czuje się pewną energię, wyczuwa się, że sala będzie grała razem z tobą. Dodatkowo lubię też większe sale teatralne czy kinowe, najlepiej stare, z drewnianą sceną i pewnym enigmatycznym duchem. W takich przestrzeniach dobrze się czuję. W Malarni Teatru Polskiego w Poznaniu było bardzo przyjemnie.

A festiwale?

Z moimi projektami mało graliśmy na letnich wydarzeniach typu OFF czy Open’er. Prawdopodobnie gramy nie tę muzykę, co trzeba. Trochę inną kwestią są festiwale poetyckie czy literackie. Z zespołem Brzoska/Marciniak/Markiewicz graliśmy na różnego rodzaju imprezach, jak Festiwal Bruno Schulza czy Conrada. Na festiwalach jest liczna publiczność i to jest plus. Gdy grają też inni artyści, zawiązują się przyjaźnie – to jest cenne. Z ciekawszych festiwali mogę wymienić: Mózg Festival, Ad Libitum, Sacrum Profanum, Warszawską Jesień – sporo jest dobrych festiwali w Polsce.

Zauważyłam, że w twojej pracy pojawia się także wiele odniesień do filmu. Z Makemake nagraliście utwór „Suspiria”, grałeś na żywo muzykę do „Psa Andaluzyjskiego”. Na poprzednim koncercie –io towarzyszyła Wam malarka, Małgorzata Rozenau. Czy sztuki wizualne są dla ciebie ważne?

Są dla mnie istotne, bardzo lubię sztukę w ogóle. Kolaboracja z malarką powstała specjalnie dla miejsca, w którym graliśmy, czyli Kina Znicz w Mysłowicach. Odrodziło się po latach niebytu, było prawie nieczynne. Wymyślono, że coś trzeba z tym miejscem zrobić i odremontowano je. Grałem w Kinie Znicz już trzy koncerty i muzykę filmową. Poszedłem na seans i zamiast skupić się na filmie, zastanawiałem się, jakie wydarzenie można by zorganizować: żeby nie był to sam koncert i żeby mieli tam nową sztukę. I wymyśliłem współpracę z Gosią Rozenau, która zajmuje się między innymi malarstwem na żywo, na wodzie, techniką Ebru. W takiej formie kolaboracji – jak z wizualizacjami czy panią rysownik, z którą również miałem przyjemność współpracować – nie widzę, co dzieje się na ekranie, bo jest on zawsze za mną. Tym razem na koncercie ustawiłem się trochę bokiem, więc zobaczyłem więcej [śmiech]. Myślę, że to współgra.

Wróćmy na chwilę do wielości twoich zespołów i projektów: kolaborujesz z różnymi muzykami. A jak wygląda z twojej perspektywy współpraca z producentem płyty? Drugi album Makemake produkował Michał Kupicz.

Mam jeszcze za małą skalę porównania. Pierwszą płytę Makemake zmiksowałem sam. Drugą zrobił Michał Kupicz, tak samo, jak pierwszą płytę Brzoska/Marciniak/Markiewicz. Z kolei drugą płytę B/M/M wyprodukuje inna osoba, a płytę trio -io jeszcze ktoś inny. Jestem zadowolony ze wszystkich tych współprac, ale nie zagłębiam się w kwestię produkcji zbyt mocno, bo wykracza to poza moje potrzeby muzyczne. Ja jestem od grania, niech pokrętłami zajmuje się ktoś, kto zna się na tym bardziej. Wierzę, że te osoby, którym powierzam produkcję płyty, robią to najlepiej jak potrafią.

Czy możesz zdradzić, kto jest producentem drugiej płyty Brzoska/Marciniak/Markiewicz?

To postać, która jeszcze nie jest jakoś znana na rynku – Rafał Nowak ze studia S-tone. Zajmował się też nagraniem naszej płyty. Do tej pory było tak, że nagrywaliśmy album z jedną osobą, a miksem zajmował się ktoś inny. Drugi krążek zespołu z Brzoską zmiksuje ten sam człowiek, który go nagrywał. Tak samo zdecydowaliśmy się zrobić w trio –io, którego album nagrywał Kamil Kęska i to on miksował materiał. Wydaje mi się, że to lepsza droga, bo ten, kto nagrywał płytę, więcej o niej wie na etapie miksowania. Z drugiej strony, jeżeli różne osoby miksują i nagrywają, mogą podejść do tego na świeżo – nie ma złotego środka.

Na koniec: czy z perspektywy swojego doświadczenia w różnych zespołach miałbyś jakieś rady dla młodych muzyków? Czy jest coś, co teraz powiedziałbyś sobie, gdy zaczynałeś?

Żeby nie bać się swoich pomysłów. Robić swoje i nie bać się.

Rozmawiała: Jola Kikiewicz

foto: Grzegorz Mort