„Nabrałem dużo pokory i zdałem sobie sprawę z tego, że jak coś dostajesz, to zazwyczaj tylko na mgnienie oka” – mówił nam Paweł Swiernalis, który zapowiada swój drugi album. Porozmawialiśmy z nim o minionym roku i nowych artystycznych decyzjach.

Witold: Przed wywiadem powiedziałeś nam, że w ciągu ostatniego roku rozwiałeś swoje wątpliwości dotyczące tego, czy na pewno chcesz poświęcić swoje życie muzyce. Jak to się stało, że miałeś je po debiucie w Kayaxie?

Wydanie debiutanckiej płyty było jednym z moich marzeń i to piękne, że udało mi się to zrobić w Kayaxie. Szybko jednak okazało się, że jestem jednym z setek polskich muzyków, którzy czują, że złapali los za nogi i świat stoi przed nimi otworem. Pytania brzmią: Przed którym? Na jak długo? I co dalej? Tak naprawdę dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa praca. Wytwórnia liczy na ciebie i oczekuje, że skoro inwestuje w twoją twórczość swój czas, energię i pieniądze, to ty też przyniesiesz im profity. Ponadto teraz wszyscy w tym zespole żyjemy tylko z muzyki, dlatego czuję sporą odpowiedzialność.

Witold: Mam wrażenie, że osoby patrzące na to wszystko z boku myślą, że robienie muzyki to bardzo beztroskie zajęcie. Robisz to, co kochasz, grasz koncerty i dostajesz za to pieniądze. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że rządzi tym dużo skomplikowanych mechanizmów.

W listopadzie miałem taką sytuację: musiałem zrobić przelew za mieszkanie, w portfelu miałem siedemnaście złotych i nie spodziewałem się żadnego przypływu gotówki. Tego samego dnia dostałem wiadomość od koleżanki z podstawówki: „Cześć, Paweł, super, że się rozwijasz i odnosisz sukcesy!”, odpowiadam: „No, może to wszystko trochę hiperbolizujesz, a co u ciebie?”. – „Nuda: dziecko, mąż, praca”. A ja sobie myślę, że w sumie jej trochę zazdroszczę. Życie muzyka to jest walka o wszystko.  Oczywiście, można iść do tak zwanej normalnej pracy, jednak nie zamieniłbym się na nic innego. To mój wybór, nie ma we mnie żalu, gdy czasem coś się nie udaje.

Witold:  Jesteś osobą, która bardzo dużą wagę przykłada do tego, jak się prezentuje, dlatego chciałbym poruszyć wątek kreacji wizerunku. Dzisiaj muzyka jest w stanie się obronić się bez tego?

To, że dobra muzyka obroni się sama, ładnie brzmi w radiu, ale jest jedną wielką ściemą. Ilość empetrójek czy wave’ów, które wypływają obecnie, jest niemożliwa. Muzyki na wysokim poziomie wychodzi spektakularnie dużo, więc fajnie jest mieć pomysł i plan na siebie. Ja również, kiedy idę na koncert, chcę zobaczyć kogoś, kto ma konkretny styl, bo samej muzyki mogę posłuchać w domu. Moim zdaniem wizerunek jest nieodzowną częścią twórczości artysty. Jeśli chodzi o ten aspekt, z fascynacją oglądam metamorfozę sceny rapowej. Hip hop chowany po kanciapach, piwnicach i dziwnych klubach, nie wpuszczany do radiostacji, znalazł swoje miejsce w Internecie. Mam wrażenie, że teraz raperzy przejęli rolę gwiazd rocka. Przyciągają wielką publiczność, farbują włosy, mają swoje stylówy fryzjerskie, tatuaże od czoła po stopy, biżuterię, której kiedyś nie założyłby żaden raper i swoje linie ciuchów. Patrzę na to wszystko z zaciekawieniem.

Witold: A  jak materiał na drugą płytę? Jest już gotowy w całości?

I tak, i nie. W zasadzie kilka miesięcy temu myślałem, że materiał jest gotowy. Jednak kiedy zaczęliśmy go robić z zespołem – bo najpierw piosenki robię na swoim komputerze w domu na zasadzie pomysłów – to okazało się, że niektóre numery, o których byłem przekonany, że w ogóle nie będą brane pod uwagę, zyskały nowe życie. I w drugą stronę również. Mamy nagrany jeden singiel, który powinien wyjść w najbliższym czasie. Myślę, że jeszcze za kadencji zimy wejdziemy do studia, żeby nagrać całą resztę. Płyta na pewno pojawi się w 2019.

Joanna: „Pergamin” wyprodukował Paweł Cieślak. Czy będzie on producencko odpowiadał za całokształt płyty?

Z Pawłem nagraliśmy jeden numer, czyli wspomniany „Pergamin”, który znajdzie się na płycie. Single produkował natomiast Kuba Karaś i być może to on będzie odpowiedzialny za produkcję albumu.

Joanna: To zaskakujące połączenie.

Nosiłem się z tym od prawie dwóch lat. Krótko po tym, gdy się poznaliśmy, Kuba stwierdził, że zrobi remix „Sierści”. Koniec końców czasowo nie dał rady, ale pomysł zrobienia czegoś wspólnie pozostał. W zeszłym roku podczas rozmów z Kayaxem o nowej płycie postanowiliśmy zaprosić do współpracy Kubę. I okazało się, że to super pomysł, z którego wszystkie strony były zadowolone. Mam nadzieję, że usatysfakcjonowani będą też słuchacze.

Witold: Kuba będzie miał duży wpływ na to, jak ta płyta będzie brzmiała?

Z wyborem producenta jest trochę tak, jak z wizytą u fryzjera – mniej więcej masz wizję tego, co chcesz mieć na głowie, jednak spod każdej ręki wyjdzie coś innego i do końca nie wiesz, czego się spodziewać. Wybranie producenta to bardzo duża ingerencja w album. To trochę tak, jakbyś dał swoje dziecko na wychowanie komuś na trzy lata i po tym czasie to dziecko do ciebie wraca – nadal jest twoje, ale jakiś wpływ został na nie wywarty. Z jednej strony strasznie się boję, a z drugiej – jaram się. Wiem, że Kuba ma bardzo otwartą głowę i świetnie pomysły, a do tego jest skromnym chłopakiem.

Joanna: To będzie twoja druga płyta. Przy debiucie nikt po Tobie jeszcze niczego nie oczekiwał – pojawiłeś się jako czysta karta i pokazałeś, kim jesteś. Czy przy drugiej istnieje obawa, że masz za sobą grono słuchaczy, którzy polubili poprzednią płytę i mogą być rozczarowani zmianami?

Po pierwsze, należy sobie zadać pytanie: czy chcesz wydawać płytę po płycie w strefie komfortu, czy iść do przodu? Na Draumę materiał zbierałem przez lata. Debiutancki album to wizytówka, z którą wychodzisz do świata jako nowy muzyk, ale to nie oznacza, że cały czas chciałem być  „smutnym chłopakiem w kapeluszu”. Bo, mimo że nie doznałem nagłego przypływu endorfin, to ta druga płyta będzie inna. Jako słuchacz cenię najbardziej artystów, którzy z płyty na płytę próbują pokazać coś innego. Moje podejście kompozycyjne do utworów się zmieniło, kiedy za pieniądze ze stypendium kupiłem syntezator. Nie piszę muzyki tylko z gitarą i butelką wina, często wymieniam je właśnie na syntezator i warstwę rytmiczną. Pojawiło się dużo elektroniki, której nie byłem wcześniej świadomy.

Joanna: Zapowiedzią tych zmian jest utwór “Pergamin”. Tekst do singla powstał przy współpracy z Michałem Wiraszko. Wcześniej pisałeś wszystkie słowa sam. Kiedy pojawiła się potrzeba wsparcia?

Przez ostatni czas nauczyłem się pokory. Jedną z dobrych lekcji było spotkanie z Alicją Majewską, podczas programu “Hybrydy – zderzenia” w TVP Warszawa. Mieliśmy wtedy zinterpretować „Odkryjemy miłość nieznaną”. Pani Alicja była pod wrażeniem naszej aranżacji utworu. Jednak z tak świetnym numerem nie trudno było zrobić coś dobrego – autentycznie uważam, że prawie wszystko się w nim zgadza. Pani Alicja  powiedziała nam wtedy, że podziwia naszą odwagę, by prezentować piosenki, do których słowa i muzykę tworzymy samodzielnie. W “Odkryjemy…” każda z części została stworzona przez kogoś innego – muzykę napisał Włodzimierz Korcz, tekst Wojciech Młynarski, a ona ją zaśpiewała. Wtedy stwierdziłem, że rzeczywiście czasem jesteśmy zbyć mocno zapatrzeni w siebie. Siedzimy w domu, piszemy słowa, dogrywamy sami instrumenty, produkujemy i wrzucamy do sieci jako singer-songwriter. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, już na wczesnym etapie prac nad nowym albumem chciałem, aby zespół ingerował w kompozycje. Umówiłem się też na kilka wieczorów z Michałem, którego uważam za świetnego tekściarza i dostrzegam w jego twórczości wiele cech, które charakteryzowały na przykład Grzegorza Ciechowskiego. Nie chcę już robić wszystkiego sam, bo mam wrażenie, że może to pokazywać brak pokory. Ja w każdym razie staram się z tym walczyć, mniej lub bardziej skutecznie.

Witold: A może chodzi o strach przed staniem się produktem?

Joanna: Rzeczywiście, wszyscy podchodzą do tworzenia muzyki samodzielnie z wielkim namaszczeniem. To, że zrobiłeś płytę sam, od A do Z, jest raczej powodem do dumy.

Ja bardzo szanuję muzyków, którzy sami piszą teksty i muzykę. Użyłeś słowa „produkt”. Pytanie, jak je zdefiniujemy? Podajmy przykład – jest artysta, który mówi o tym, że jego piosenki są bardzo osobiste i te historie wyśpiewuje pięciu tysiącom osobom na koncertach. Patrzysz potem w creditsy, a teksty i muzyka są napisane przez kogoś innego. Jednak gość mocno to czuje i są to jego opowieści. I pytanie, czy jest produktem? Jak dla mnie – nie.

Joanna: Wystąpiłeś w teledysku Michała Kmieciaka. Na swoim fanpage’u piszesz, że grana przez ciebie postać to dokładnie twoja osoba rok temu.

Na początku nie chciałem się zgodzić. Nie czułem, żebym pasował do tej roli, bo przestałem pić alkohol i ta zmiana wpłynęła na mnie bardzo wszechogarniająco – nagle zobaczyłem, ile czasu traciłem i niszczyłem. Po prostu nie wiedziałem, czy będę w tej roli autentyczny, chociaż Michał powiedział mi, że jestem jedyną osobą, która mogła to zagrać. Mimo wszystko podszedłem do tego trochę niechętnie. Jednak uśmiech i radość Michała, kiedy zobaczył finalną wersję sprawiły, że pomyślałem,  że jest to najpiękniejsze, co mogłem mu wyświadczyć. To był taki szybki flashback, bo widzę gdzieś w tym klipie dawnego siebie.

 

Joanna: Z wielu powodu, między innymi przez pobyt w szpitalu, przez ostatni rok nie grałeś koncertów. Co się w tobie zmieniło przez ten czas?

Mam wrażenie, że najbardziej docenić drugą rzecz albo osobę pozwala nam chwilowa utrata tego. Jak już mówiłem, nabrałem dużo pokory i zdałem sobie sprawę z tego, że jak coś dostajesz, to zazwyczaj tylko na mgnienie oka. Każdego dnia trzeba walczyć o to, co się ma, a nie iść spać z myślą, że jutro będzie tylko lepiej. Gdy wstaję rano i myślę, że mam tylko piętnaście godzin do momentu, w którym położę się spać, to chcę ten dzień wykorzystać w stu procentach. Zrozumiałem po tym roku, że jeszcze bardziej chcę postawić wszystko na jedną kartę, czyli na muzykę. Nawet jeśli za dziesięć lat okaże się to najgorszym pomysłem świata.

Tekst: Joanna Hała, Witold Regulski

Zdjęcia: Damien Niemczal