fot. Damian Niemczal

Wciąż mamy coś do powiedzenia: Muchy

„Kiedy zdecydowaliśmy, że wracamy jako Muchy w tym pierwszym składzie, pojawiły się pytania: czy to ma sens, czy jesteśmy w ogóle w stanie jeszcze coś razem zrobić? Czy warto? Wydaje mi się jednak, że wciąż mamy coś do powiedzenia” – mówił nam Szymon z zespołu Muchy. Z Szymonem i Michałem spotkaliśmy się niedaleko ich sali prób na poznańskiej Śródce. Porozmawialiśmy o wątpliwościach, nowej energii i roli festiwali. Muchy możecie zobaczyć live w całej Polsce podczas trasy XERROROMANS TOUR.

Joanna: Michale, byłeś dyrektorem artystycznym festiwalu w Jarocinie, czyli imprezy o bardzo dużym znaczeniu historycznym i trochę tą historią obciążonym. Nie bałeś się objęcia festiwalu swoją kuratelą?

Michał Wiraszko: Oczywiście, że się bałem. Natomiast była to jedna z tego rodzaju sytuacji, w których rozsądnym rozwiązaniem jest nie myśleć o obciążeniach i lękach. Ważne jest uwolnienie od strachu, porównań i innych życiowych blokad, które każdy z nas ma. Strach jest najgorszym doradcą. Przez swoją historię ten festiwal jest z jednej strony błogosławiony, a z drugiej przeklęty. Przede wszystkim dlatego, że w latach 80. był to jedyny – a na pewno jedyny w kontekście tej rangi i zjawiska – festiwal. Nadal ciągnie się za nim trochę nieracjonalna tęsknota za tamtymi czasami. Z drugiej strony patrzenie na Jarocin przez pryzmat pięciu czy sześciu edycji z lat 80-tych jest tylko wycinkiem z rzeczywistości. Z jednej strony zrozumiałym, z drugiej krzywdzącym – chociażby dla początków tego festiwalu. Także wybiórczym, bo jego formuła i natura nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością lat 90-tych. Między innymi dlatego nonsensem byłoby próbować wskrzeszać go w tamtej formule.

Szymon Waliszewski: Festiwal w Jarocinie był pewnego rodzaju wentylem, głosem zbuntowanego pokolenia. Rzeczy dzieją w swoim czasie i w swoim miejscu, więc nie ma możliwości ich odtworzenia. Od odtwarzania są aktorzy, którzy odgrywają wydarzenia historyczne.

Joanna: Waszym zdaniem festiwale mogą jeszcze być rewolucyjne i pokoleniowe?

Michał: Jak śpiewał Maciej Maleńczuk – „każda epoka ma swoją rewolucję, każda idea ma swój czas”.

Szymon: Są już tacy, którzy na pierwsze edycje festiwali przyjeżdżali jako młodzi ludzie, a teraz pojawiają się na nich z własnymi dziećmi. To pewna wymiana pokoleniowa. Natomiast jeśli chodzi o rewolucję w znaczeniu buntu, jaką przejawiały chociażby festiwale w Woodstock czy w Jarocinie, to ja nie do końca wiem przeciwko czemu dzisiaj ludzie mieliby się buntować. Owszem, może nam się nie podobać sytuacja polityczna, ale w gruncie rzeczy wszyscy mają nie najgorzej.

Michał: Z drugiej strony ten dobrobyt może być bardzo kruchy. Funkcję oderwania od rzeczywistości i jej negacji spełniają teraz pochowane w lasach imprezy dla wybranych, bardzo świadomych osób.  Festiwal w Jarocinie był natomiast dobrem powszechnym i wspólnym. Uzupełniając to, co mówił Szymon – każde pokolenie w swoim czasie zdecyduje, jaki chce mieć totem, co dla niego jest ważne i co dla niego jest przełomem i rewolucją. Nam trudno było buntować się w pierwszej dekadzie XXI wieku, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej, pojawił się pluralizm rynkowy i dobrobyt dla pokolenia, które wchodziło w dorosłość. W tej chwili sytuacja jest dużo mniej stabilna i kto wie czy za chwilę takie głosy znowu nie będą potrzebne i czy się nie pojawią.

Joanna: Teraz trochę zmienię temat. Mówiliście o tym, że na salce prób rozmawialiście o obawach dotyczących waszego powrotu. Możecie to rozwinąć?

Szymon: Kiedy zdecydowaliśmy, że wracamy jako Muchy w tym pierwszym składzie, pojawiły się pytania: czy to ma sens, czy jesteśmy w ogóle w stanie jeszcze coś razem zrobić? Czy warto? Jesteśmy w „starej, nowej” sytuacji i to jest naturalna obawa. Wydaje mi się jednak, że wciąż mamy coś do powiedzenia.

Michał: Wszyscy tęsknimy do beztroski, której z wiekiem jest coraz mniej. Tak chyba jest skonstruowany ludzki mózg, że z wiekiem pozwala sobie na coraz mniej lekkości i dowolności. Co nie znaczy, że czujemy się staro.

Szymon: To, że ten zespół zaczął w ogóle znowu grać jest wypadkową tego, że po paru latach naszych bardzo nieregularnych spotkań towarzyskich zaczęliśmy się coraz częściej widywać i nagle okazało się, że spędzamy coraz więcej czasu ze sobą, nadal mamy o czym rozmawiać i inspirujemy się wzajemnie. Pojawił się pomysł: spróbujmy to zrobić znowu i to była jedna z pierwszych obaw czy jesteśmy w stanie odtworzyć tamten stan umysłu. Okazało się, że jak najbardziej, stanęliśmy za instrumentami i czary zaczęły się znowu dziać.

Witold: W kontekście młodzieńczej energii i waszego powrotu z Terroromansem – jak się czuliście na Spring Breaku wracając po kilkuletniej przerwie?

Michał: To było jak wzięcie głębokiego, życiowego oddechu i powrót wiary w to, że można. Cudowne doświadczenie. To, że ten zespół de facto przestał istnieć wcale nic nie zmieniły na lepsze. Podskórnie ciągle gdzieś w nas żyła chęć wspólnego grania i gdy okazało się, że ktoś na ten powrót czeka, było to jak błogosławieństwo. Natomiast teraz trzeba to unieść i dać z siebie tyle naturalnej energii twórczej, ile tylko jesteśmy w stanie.

Witold: Kontynuując ten wątek – jesteście w stanie po tych kilku miesiącach stwierdzić, czy ta kilkuletnia przerwa zespołowi w jakiś sposób pomogła lub może pomóc?

Szymon: W tym czasie każdy z nas musiał się zmierzyć z mniej lub bardziej ekscytującymi rzeczami w życiu. To jest okazja, żeby wzajemnie z tych doświadczeń skorzystać. Mamy teraz świadomość tego, co  tak naprawdę oznacza praca i jak się pracuje. Wiemy, gdzie na tej planszy rozstawiona jest większość pułapek. Nie oznacza to oczywiście, że prędzej czy później w jedną z nich nie wpadniemy, bo na to nie ma do końca recepty, ale na pewno życiowo i osobiście jesteśmy bardziej doświadczeni.

Michał: Zespołowi w tak zwanej „ścieżce kariery” to na pewno nie pomogło. Nie dopatrując się przyczyn, skutków i nie gdybając, myślę, że gdyby ten zespół szedł niezachwianą drogą rozwoju to dzisiaj byłby zupełnie gdzie indziej. Nie ma jednak co dywagować bo…

Szymon: …bo może tak wcale by się nie stało.

Joanna: Wracacie w składzie oryginalnym, macie jednak na pokładzie nowego kolegę, Stefana Czerwińskiego.

Szymon: Stefan jest świetnym muzykiem. To jest człowiek, który właściwie jest z nami od samego początku. Zawsze był wielkim fanem Much i wydaje mi się, że zaczął grać na gitarze zainspirowany właśnie Terroromansem.

Michał: Kiedy po powrocie przygotowywaliśmy koncerty z Terroromansem to Stefan autentycznie znał lepiej wszystkie zagrywki niż my i w niektórych momentach rozjaśniał nam co i jak powinno wyglądać.

Joanna: Jak się  z nim poznaliście?

Szymon: Na pewno przez koncertowe sytuacje. Mam wrażenie, że Stefan gdzieś tam krążył wokół nas zawsze i nie wiem, kiedy dokładnie był ten moment, w który się pojawił. Pamiętam natomiast ostatni koncert przed moim odejściem w 2013 roku. Po występie ja jako jedyny wracałem do domu, z tym, że nie miałem transportu. Pod sceną natomiast czekał Stefan ze swoim bratem, którzy przyjechali specjalnie na ten koncert i razem wróciliśmy do Poznania. To był dla mnie bardzo ważny moment. Parę lat po tamtej sytuacji gram z tym gościem razem w zespole.

Witold: Na początku kariery Muchy były bardzo popularne wśród młodych ludzi, którzy później dorastali z waszymi piosenkami. Macie wrażenie, że teraz wracacie już jako zespół, który w pewnych środowiskach stał się już kultowy?

Michał: Nie nam o tym rozsądzać. Oczywiście to bardzo ładnie łechce próżność i jest fajnym bodźcem do działania. Aczkolwiek obserwujemy, że są z nami ci ludzie, którzy byli z nami od początku i to jest szalenie miłe. To, że oni nadal to przeżywają i że jest to soundtrack do ich życia jest dla nas dużą nagrodą.

Joanna: Podobno byliście jednym z pierwszych zespołów w Polsce, który zaczął kreować swój wizerunek poprzez media społecznościowe.

Szymon: To akurat był trochę przypadek, że pojawienie się mediów społecznościowych zbiegło się z momentem, kiedy szukaliśmy jakiegoś sposobu na promocję naszej muzyki. Wtedy graliśmy już chwilę razem i zastanawialiśmy się, czy w ogóle warto te konta zakładać, czy to nie zbyt pretensjonalne. Nie było w tym żadnej kalkulacji, to była po prostu jakaś możliwość. Akurat tak się złożyło, że znaleźliśmy się w dobrym czasie i w dobrym miejscu z odpowiednimi ludźmi wokół siebie. Założyliśmy konto na MySpace i okazało się, że to jednak jest poważny nośnik informacji.

Michał: Bardzo ożywialiśmy wyobraźnię – wtedy jeszcze – muzycznych forów internetowych. To było ciekawe bo ludzie rzeczywiście tym żyli: słuchali piosenek i dyskutowali o nich na forach.

Witold: Od wielu lat obserwujecie z różnych perspektyw rynek muzyczny. Waszym zdaniem dzisiaj jest łatwiej wybić się młodym zespołom niż wtedy, kiedy wy zaczynaliście?

Michał: Myślę, że dzisiejsze czasy są dużo wdzięczniejsze i bardziej sprzyjające graniu muzyki. Mocno wierzę, że ostatecznie decyduje to, czy nagrałeś dobrą piosenkę bo jeśli to ci się uda i jeśli ona trafi do ludzi, możesz w ciągu kilku sekund obiec cały świat. Zaledwie piętnaście lat temu było to nie do pomyślenia. Z drugiej strony niewidzialna ręka wolnego rynku dobija się też do Facebooka. Zasięgi, promocje są w jakiś sposób odgórnie sterowane i coś, co miało być narzędziem absolutnej wolności, stało się narzędziem rynku. Szkoda, aczkolwiek było to do przewidzenia. Mimo wszystko social media dają jednak olbrzymie możliwości promocji sztuki, więc lepiej że są niż gdyby ich nie było. Uważam to za spełnioną możliwość pełnej komunikacji społecznej.

Szymon: Aczkolwiek zaraz na pewno się pojawi alternatywa dla tego – być może za chwilę – niemodnego Facebooka i pojawi się ścieżka, którą do tej pory nikt nie podążał.

Michał: A propos mechaniki rynkowej na pewno zmieniła się rola płyt i koncertów. W dużym uproszczeniu: kiedyś wydawało się płyty regularnie, co dwa lata żeby utrzymać pewien rytm rynkowy. Zdaje się, że Kazik powiedział, że kiedyś się grało koncerty, żeby wydawać płyty, a dzisiaj się wydaje płyty, żeby móc grać koncerty. Chociaż i tak jesteśmy już krok dalej bo zamiast płyt wydaje się muzykę, single i epki w formatach cyfrowych. Przemysł stricte fonograficzny ustąpił miejsca przemysłowi koncertowemu.

Joanna: Michale, na koniec chciałabym zapytać o MNKR. Masz jakieś plany w kontekście tego projektu?

Michał: Jak najbardziej. Problem polega na tym, że dopóki Muchy były zawieszone to miałem na to nieco więcej czasu. Druga połowa duetu, Michał Szturomski, mieszka w Warszawie i w tej chwili mamy dla siebie tego czasu nieco mniej. Przyrzekliśmy sobie, że w tym projekcie nie będziemy się poddawać mechanizmom promocyjno-rynkowym. MNKR robimy tak, jak chcemy i kiedy chcemy.

Witold: Kończąc – mówiliście, że to, co teraz się dzieje z Muchami nastąpiło trochę spontanicznie. Jak dalej widzicie przyszłość zespołu w kolejnych miesiącach? Nie ukrywam, że pytam trochę w kontekście nowej płyty.

Michał: Bardzo chcielibyśmy wypuścić singiel w październiku, w listopadzie pojechać trasę i przed świętami ją zakończyć. Potem chwilę odpocząć i od stycznia albo pisać kolejne utwory albo nagrać to, co teraz zrobimy. W tej chwili nie ma innej drogi dla tego zespołu. Na przeciąganie wszystkiego nie mamy czasu ani jako muzycy, ani jako zespół, ani jako ludzie.

Tekst: Joanna Hała, Witold Regulski

Wszystkie fotografie wykonał Damian Niemczal.

Dodaj komentarz