fot. Marta Smerecka

W poszukiwaniu swojej tożsamości: Marek Pędziwiatr

My, Polacy, ciągle próbujemy być „jak”. Nie uwolnimy się od tego, jeśli cały czas będziemy porównywać się do innych. Jeżeli zamiast odkrywać i dawać światu nowe rzeczy, będziemy powielać schematy, to zawsze będziemy „jak”. Z Markiem Pędziwiatrem, wokalistą i klawiszowcem septetu Electro-Acoustic Beat Sessions porozmawialiśmy o jazzie, kondycji muzyki popularnej i kulturze repetycji.

Simon Reynolds, brytyjski dziennikarz muzyczny i krytyk, w książce Retromania stwierdził, że obecnie żyjemy w epoce „re-”. Zarzucił popkulturze, że obecnie zjada swój ogon i zamiast patrzeć w przyszłość, spogląda z nostalgią w przeszłość. Jak ustosunkowałbyś się do tych słów jako autor płyty, która w całości złożona jest z kompozycji Krzysztofa Komedy, a która dla zespołu EABS okazała się być albumem przełomowym?

Mam świadomość tego, że żyjemy w epoce „re-”. Można to dostrzec patrząc na gatunki muzyczne. W tej chwili właściwie nie powstają żadne nowe, następują jedynie dekonstrukcje gatunków już istniejących. Muzyką, którą tworzymy jako EABS, staramy się pójść dalej i tworzyć nową jakość. Jej nie można jednak uzyskać siłą, tylko osobowością i przede wszystkim należy utożsamiać się z samym sobą. Wydaje mi się, że my, Polacy, gdzieś zdusiliśmy w sobie naszą tożsamość, a Zachód czeka na coś unikatowego z naszej strony. Dla naszego zespołu Komeda jest nie tylko wielką nauką, ale również pomostem do nagrania autorskiej płyty.

Na Repetitions udało wam się pogodzić historię ze współczesnością. Recenzenci podkreślają, że wasza płyta jest jednym z najbardziej udanych i najoryginalniejszych od dłuższego czasu hołdów dla Komedy.

O to nam chodziło. Muzycznie moje korzenie są hiphopowe. Od ponad dwudziestu lat tworzę bity na komputerze i właśnie przez hip-hop pokochałem jazz. Wchodząc w świat jazzu mógłbym podporządkować się innym schematom, pisać utwory na papierze, przynosić szlachetną formę na próbę i uczyć swoich muzyków materii. Podczas przygotowywania aranżów do Komedy nie wchodziłem jednak w inny tryb pracy niż ten, który wypracowałem sobie przez lata.

Jak zatem wyglądał proces tworzenia materiału na płytę?

Pierwsze szkice to były bity – po prostu samplowałem wybrane utwory Komedy i stworzyłem szkielety form. W ten sposób udało mi się wpłynąć na brzmienie i uzyskać surowość, którą cenię. Dopiero później trudniejsze partie zapisywałem na partyturze. Szkice, do których coś dogrywałem lub samplowałem przynosiłem na próby. Zależało mi na tym, żeby osiągnąć taki stan utworów, jaki sobie założyłem. Kiedy udało nam się to osiągnąć, dawałem chłopakom totalną wolność, żeby każdy z nich mógł dodać coś od siebie.

fot. Marta Smerecka

Sam przyznajesz, że wyrastasz ze środowiska hiphopowego. Uważasz się za jazzmana?

Przed wydaniem Repetitions zajmowałem się różnymi rzeczami. Byłem producentem muzycznym, pracowałem m.in. z Archeo, pomagałem Paulinie Przybysz przy jej płycie. Robiąc coś dla innych muzyków chcę dać to, co mam głęboko w sobie i jazz zawsze gdzieś w swojej pracy przemycałem. Z byciem stricte jazzmanem zdążyłem się już w głowie pożegnać, natomiast płyta Repetitions uświadomiła mi, że chyba całe życie jednak tym jazzmanem byłem.

Dla mnie jest to o tyle interesujące, że w latach 50. jazz był w Polsce muzyką młodzieżową, wyrazem buntu, nawet stylem życia. Później pojawiły się rock and roll, muzyka elektroniczna czy hip-hop i jazz stał się utożsamianą raczej z dojrzalszymi ludźmi niszą. Obecnie natomiast możemy zaobserwować pewien renesans jazzu. Uważasz, że wasz zespół odgrywa w tym jakąś rolę?

Myślę, że mamy na to wpływ i to nie tylko w Polsce. Okazało się, że w podobnym kierunku idzie brytyjska scena jazzowa i również jesteśmy jej częścią.

Ostatnio zagraliście kilka koncertów w Wielkiej Brytanii. Na wyspach wasza muzyka jest przyjmowana równie entuzjastycznie?

Graliśmy m.in. w Londynie i Liverpoolu. Tam naszą muzykę przyjmuje się jako coś naturalnego. Dla nich ciekawe jest to, że Polacy grają jazz na swój sposób. Wielu tamtejszych muzyków ceni nagrania wydawane pod szyldem „Polish Jazz” z lat 50, 60 i 70. My, z racji tego, że słuchamy tej muzyki i czujemy z nią więź, chcemy ten nurt kontynuować. Co więcej, nawiązaliśmy współpracę z Tenderloniousem, który jest wschodzącą gwiazdą brytyjskiego jazzu i mamy w szufladzie jedną płytę z nim. On zresztą powiedział, że zagranie jazzu w tym polskim stylu, który jest słyszalny na płytach „Polish Jazz” jest niemożliwe z muzykami z Anglii. Stwierdził, że musi przyjechać do Polski i zagrać to z nami. To utwierdziło nas w tym, że my, Polacy, mamy coś wyjątkowego, tylko czasami boimy się to pokazać i staramy się udawać kogoś innego.

Skoro już poruszyliśmy temat nagrań „Polish Jazz”. Wasza muzyka z jednej strony trafia do młodych odbiorców, a z drugiej – jesteście doceniani przez największe osobistości polskiego jazzu. Na waszym albumie pojawia się Michał Urbaniak.

Nasza przyjaźń zaczęła się jeszcze wcześniej, przez moje interpretacje jego utworów, które napisałem na płytę Patrycji Zarychty. Michał po przesłuchaniu tych nagrań zadzwonił do mnie i stwierdził, że musimy coś razem zrobić. Po odsłuchaniu surowej wersji Repetitions wróciły mu wspomnienia z czasów, gdy występował z Komedą. Na naszej płycie Michał znalazł również to, co uwielbia, czyli nowoczesność i nutę nostalgii. Razem wybraliśmy utwór Free Witch and No Bra Queen. Ma on również znamię brudu polskiego jazzu i stylistyki jungle, co było dla Michała nowością. Efekt finalny wyszedł całkiem fajnie i potem też zagraliśmy parę wspólnych koncertów.

Twoja współpraca z Michałem Urbaniakiem nie skończyła się zresztą na Repetitions. Zostałeś  jednym z gości na płycie Urbanator Day: Beats & Pieces.

Kontynuacja tej współpracy przebiegała naturalnie. Z racji tego, że pracowałem przy płycie Patrycji Zarychty to też część szkiców, które nie weszły na jej płytę znalazły się na płycie Urbanator Days. Stworzyliśmy również parę nowych numerów oraz interpretacji jego starych utworów.

Jako EABS mieliście też zaplanowaną współpracę z Tomaszem Stańką, która z wiadomych względów niestety nie doszła do skutku.

Jest mi bardzo przykro z powodu tego, jak ta historia się potoczyła. Jeżeli jednak możemy mówić o jakimkolwiek szczęściu w tym wszystkim to jest nim fakt, że Tomasz Stańko jednak nas docenił. Przypadkowo dostał naszą płytę od dziennikarza, który był u niego w innej sprawie. Ten dziennikarz widział, że Stańko odtworzył naszą płytę u siebie w domu, słuchał i w pewnym momencie po prostu w swoim stylu rzucił: „K… mać, co za goście!”. Nam przekazał, że chciałby z nami zagrać. Zabrakło tygodnia, żeby to się odbyło.

fot. Marta Smerecka

Nie baliście się tego, że ponowne interpretowanie Komedy jest dość ryzykowne i z góry skazane na porażkę? Przed wami robiło to już wiele osób.

Pod tym względem to na pewno mogło być traktowane jako strzał w kolano. Przed Komedą opracowywaliśmy jednak materiał Milesa Davisa i wtedy też nasza muzyka brzmiała po prostu jak EABS. W pewnym sensie oba te projekty były dziełem przypadku, ponieważ za materiał Davisa wzięliśmy się było pod kątem wydarzenia „Memorial to Miles” w Kielcach, a kompozycje Komedy zostały przygotowane początkowo wyłącznie pod Festiwal Filmowy we Wrocławiu. Mieliśmy wówczas przygotować repertuar z muzyką filmową jakiegoś polskiego kompozytora. Stwierdziliśmy, że w utworach Komedy jest tyle prostoty, nostalgii, romantyzmu i naszej słowiańskiej melancholii, że podejmiemy się tego tematu. Podeszliśmy do tego bardzo dokładnie.

Kompozycje, które pojawiają się na Repetitions należą raczej do tych mniej znanych utworów pianisty. W jaki sposób dobieraliście utwory na płytę?

Bardzo dużą rolę odegrał w tym Sebastian Jóźwiak, który jest nie tylko naszym menadżerem, ale też dobrym duchem, mentorem i konceptualistą. Razem z Sebastianem obejrzałem mnóstwo filmów, do których Komeda napisał muzykę i zgłębialiśmy naszą wiedzę o nim. Podczas pracy nad albumem okazało się, że wybrane przez nas utwory składają się w spójną historię i powstaje album koncepcyjny. Pierwszym utworem jest Knowledge (Introdukcja do Etiudy Baletowej) mówiący o tym, że jeżeli nie weźmiemy się w garść to będziemy wyjałowieni do końca życia. Płytę kończy natomiast Waltzing Beyond (The Song on the Day the World Ends). W kontekście tej płyty bardzo znacząca jest symbolika końca świata i idea repetitions – ten koniec może właśnie być rozpoczęciem od początku.

Czym różniły się kompozycje Komedy od Davisa skoro twórczość Polaka została przeniesiona na album, a Miles Davis okazał się tylko jednorazowym projektem?

Mogliśmy to zostawić, jak materiał Davisa, który nie doczekał się żadnej publikacji. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że interpretując Komedę robimy coś wyjątkowego i jesteśmy zadowoleni z tej muzyki. Po pracy nad Repetitions zrozumieliśmy, że z utworami Davisa nie mieliśmy związku emocjonalnego. Pracując nad Komedą czuliśmy natomiast, że robimy coś ważnego i odkrywamy swoją tożsamość.

Wasza kolejna płyta będzie już zawierała autorski materiał, więc można chyba powiedzieć, że udało wam się ją odnaleźć.

Tak, następna płyta będzie nazywać się Slavic Spirits i wyjdzie najprawdopodobniej w lutym przyszłego roku. Tytuł można sobie tłumaczyć jako „słowiańskie dusze” albo „duchy słowiańskie”. To podróż w poszukiwaniu tego, czym jest słowiańska melancholia i trauma. Skąd to się wszystko wzięło? Dlaczego tak jest? Dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy? Może jest to spowodowane tym, że w biegu historii odebrano nam naszą tożsamość i kulturę? To, w co wierzyliśmy przed przyjściem chrześcijaństwa było „nasze”, a nagle mądrzy ludzie ze świata każą nam wierzyć w coś innego i palą to, co dotyczy naszych wierzeń. I nagle wszystko się zmienia.

Jest to ciekawe w kontekście tego, co powiedziałeś na początku, że zamiast starać się odzyskać naszą tożsamość, zespoły w Polsce często tej tożsamości wręcz same się pozbywają starając się naśladować zagraniczne kapele.

Właśnie o to chodzi. My ciągle próbujemy być „jak”. Nie uwolnimy się od tego, jeśli cały czas będziemy mówić, że robimy coś na światowym poziomie, albo – to mnie ostatnio rozśmieszyło – na poziomie zbliżonym do światowego. Jeżeli zamiast odkrywać i dawać światu nowe rzeczy, będziemy powielać schematy, to zawsze będziemy „jak”.

Na koncertach sporo improwizujecie. Na płycie koncertowej Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda) Live at Jazz Club Hipnoza znalazły się kolejne kompozycje Komedy: Kraksa i Svantetic. Do repertuary wplatacie jeszcze inne kompozycje?

Wplatamy, ale nie da się ich zdefiniować. Czasami zdarza się, że ludzie, którzy często bywają na naszych koncertach, mówią: „o, zagraliście dwa nowe numery”. A my po prostu improwizujemy i w ten sposób ciągle poznajemy na nowo nie tylko Komedę, ale też siebie. Ta przygoda nie skończy się, dopóki nie przestaniemy grać tego materiału.

Repetitions okazało się być nie tylko sukcesem całego zespołu, ale również twoim. Płyta miała duży wpływ na twoją nominację do Paszportów POLITYKI 2017 w kategorii Muzyka Popularna.

Paszporty POLITYKI to jest bardzo renomowana nagroda, więc ta nominacja jest ogromnym wyróżnieniem i mój stosunek do niej jest bardzo pozytywny. Zresztą to, że zostałem wrzucony do worka z nazwą „muzyka popularna” było bardzo pozytywnym znakiem. Wydaje mi się, że współcześnie kategorie w nagrodach muzycznych są poza czasem, jakby nie zauważano tego, że muzyka się zmienia. Do Paszportów nominowano natomiast mnie, Hańbę i Stefana Wesołowskiego, czyli ludzi, którzy raczej nie tworzą popu. Z jednej strony to, że zostaliśmy wrzuceni do kategorii muzyków popularnych było dziwne, a z drugiej strony pocieszające, że świadomość społeczeństwa się zmienia.

Tekst: Witold Regulski

Jedna myśl na temat “W poszukiwaniu swojej tożsamości: Marek Pędziwiatr

  1. Świetna płyta , genialny aranż utworu „ Niekochana”.
    Ciekawe jest również to, ze na scenie chłopaki są zgrani, a widać, że każdy to silna osobowość.
    Każdy koncert bez względu czy w dekadenckim Witkacym, czy w NOSPR jest klimatyczny.
    Tym bardziej gratulacje dla zespołu i Marka.

Dodaj komentarz