fot. Mikołaj Starzyński

UGLA. Sowia muzyka

Uważają, że muzyką można obdarowywać ludzi. Według nich w byciu artystą scenicznym nie chodzi o robienie czegoś na pokaz i sam akt występowania, ale międzyludzki gest. W lipcu tego roku minął rok od założenia zespołu – w tym czasie otrzymali zaproszenie na Halfway Festival i Dwa Brzegi, a także zostali finalistami Firestone Headliners of Tomorrow. Nieźle jak na tak krótki czas, prawda?

UGLA to czwórka artystów, którzy choć pochodzą z zupełnie innych muzycznych światów i grają ze sobą bardzo krótko, stworzyli bardzo spójny muzycznie materiał. Podsumowaniem dotychczasowej działalności będzie długogrająca płyta. Muzycy zaczynają nagrania w studiu już we wrześniu – sam album ma ukazać się do końca roku.

Jak sami mówią, na początku tworzenie muzyki było dla nich ekwiwalentem spotkania towarzyskiego. UGLĘ stworzyło trio przyjaciół – Maciek, Sebastian i Magda. Po ubiegłorocznej Famie dołączył do nich Michał, który gra również w m.in. Grzecznych Chłopcach. Ich sceniczny wizerunek kojarzy się z pierwotnym rytuałem – malują twarze na wzór wojowników, występują boso i odpowiednią dramaturgią tekstów tworzą senny i tajemniczy nastrój. Konotacje teatralne nie są przypadkowe. Zresztą – poczytajcie.

Joanna: Często w wywiadach wspominacie o tym, że znacie się z Teatru Węgajty. Opowiecie trochę o nim?

Sebastian: To niezwykłe miejsce, do którego przyjeżdża się na warsztaty i uczestniczy w wydarzeniach parateatralnych. Można stwierdzić, że Węgajty opływają w muzykę, ponieważ kiedy tam przyjeżdżasz, automatycznie zanurzasz się w wszechobecnej muzyczności. Kluczowym zadaniem tego teatru jest przygotowanie spektakli i wyjeżdżanie z nimi na wieś, czyli po prostu zbliżanie się do ludzi poprzez sztukę. Teatr funkcjonuje w rytmie obrzędów ludowych, czyli zgodnie z kalendarium świąt takich jak Zapusty, Wielkanoc, Allilujka czy Boże Narodzenie.

Allilujka?

Magda: Tak, to jest Kolęda, tylko Wielkanocna. Doprecyzowując, Teatr Węgajty mieści się w jednej ze wsi pod Olsztynem i obok Gardzienic czy Pieśni Kozła jest jednym z głównych teatrów kontrkulturowych w Polsce. Drogi naszego trio, w którym początkowo graliśmy, przecięły się właśnie w tym magicznym świecie węgajckim. Jeździmy tam już od 10 lat na festiwal teatralny.

Magda, czy to prawda, że nazwa zespołu ci się przyśniła?

Magda: To było już jakieś 10 lat temu. Śniło mi się płonące ognisko i postać, która zza niego mówiła do mnie jedno słowo: „ugla”. Było bardzo dziwaczne i szamańskie. Kiedy wpisałam to sobie w Google Translate, okazało się, że oznacza ono w języku islandzkim sowę. Co ciekawe, w szkole rówieśnicy zwracali się do mnie „Sowa”. To skrót od mojego nazwiska. Pomyślałam, że dobrze byłoby nazwać tak swój zespół, jeśli kiedyś będę robiła muzykę.

W lipcu tego roku świętowaliście pierwszą rocznicę wspólnego grania. Jak na tak krótki staż macie całkiem dobre osiągnięcia – wystąpiliście na Halfway Festival, Dwóch Brzegach i zostaliście finalistami Firestone.

Sebastian: Wystąpienie na Firestone było dla nas bardzo ważne. To nasze pierwsze zetknięcie z tak dużym przedsięwzięciem koncertowym: ogromna widownia, świetna scena i bardzo profesjonalna produkcja. Swoją drogą, to była historyczna chwila dla zespołu, bo zagraliśmy tam pierwszy koncert w takim składzie.

Magda: To było bardzo szalone. Gdy wysłaliśmy zgłoszenie, jeszcze nie grał z nami oficjalnie Michał. Nagle, w środku tygodnia, otrzymaliśmy wiadomość, że jesteśmy finalistami Firestone i za osiem dni mamy być na nagraniu. Możesz sobie wyobrazić naszą mobilizację – zmieniliśmy wszystkie plany, bo każdy z nas był wtedy w innym mieście. Ćwiczyliśmy cały tydzień.

Wiem, że większość z was ma za sobą lata spędzone w szkołach i akademiach muzycznych. Przeskok z klasycznego grania do tego co robicie w UGLI nie był dla was trudny?

Magda: Dla mnie bardzo trudne było przeskoczenie ze sznytu perfekcjonistycznego w tym wykształceniu. Nikt nie uczył mnie improwizacji, tworzenia dźwięków czy rozwijania swoich pomysłów. Będąc klasycznie wykształconym muzykiem nie masz tych umiejętności, jeśli sama ich nie wykształcisz. Do tego dochodzi obsesyjne dążenie do doskonałości technicznej, bo przecież każda nutka musi się zgadzać. Kiedy przez 17 lat edukacji przestrzegasz wszystkich reguł, pozwolenie sobie na proces szukania, uczenia się i eksperymentowania jest bardzo trudny. Jednak cała ta przygoda na pewno by się nie wydarzyła gdyby nie Węgajty, gdzie muzyczność i improwizacja jest naturalna. Chociaż musisz wiedzieć o tym, że w pierwszych latach pobytu w tym miejscu w ogóle nie wyciągałam klarnetu! Dla mnie sytuacja, w której mam zacząć grać utwór bez zapisu na pięciolinii i wcześniejszego przygotowania była przerażająca. Całe życie grałam z nut i sądziłam wtedy, że nie mam prawa się pomylić. Przepracowanie tego sporo mi zajęło.

Zaskakujące, ponieważ często w wywiadach podkreślacie, że tworzycie na zasadzie improwizacji.

Sebastian: Teatr nauczył nas naprawdę wielu rzeczy. Po pierwsze, że muzyka powinna być pożyteczna i czemuś służyć. Gra się ją po to, żeby zatańczyć, zrobić komuś prezent. Jest czymś, czym można obdarowywać ludzi – i to jest jedna z lekcji. Granie nie jest na pokaz, nie jest występem – to gest międzyludzki. A tak swoją drogą – na akademii naprawdę nie uczą improwizacji?

Magda: Na klasyce nie.

Sebastian: A na jazzie?

Michał: To głupie pytanie (śmiech). Improwizacja jazzowa to improwizacja w konkretnym gatunku. To trochę tak jak rapowanie po węgiersku, czyli żeby rapować po węgiersku trzeba znać węgierski. Aby improwizować w jazzie musisz znać ten konkretny język. Natomiast pewna znajomość materii muzycznej od technicznej strony i konstrukcji harmonicznych po pewnym czasie pozwala się swobodnie poruszać w innych gatunkach.

A jak to jest z tekstami? Wiem, że pisze je Magda – są bardzo tajemnicze, baśniowe i narracyjne.

Sebastian: Faktycznie, te kompozycje i piosenki są historiami. To jest chyba ważne – żeby była dobra muzyka, to musi być dobra opowieść i historia. Musi być w tym jakaś dramaturgia.

Magda: W moich tekstach pojawiają się dwa wątki. Pierwszy introspektywny, bardzo refleksyjny. Drugi faktycznie jest budowaniem narracji i historii. Teksty powstają w oparciu o muzykę i to kompozycje wpływały na wydźwięk tekstów. Najpierw myślę o kompozycji, ponieważ dla mnie proces wstępnego tworzenia muzyki z looperem jest bardzo intuicyjny i przechodzący przez medium emocjonalne, a nie intelektualne. Nie myślę o tym gdzie wstawię G-dur, fis-moll i G7.

Sebastian: Od tego jest Michał! (śmiech)

Magda: Tak, chociaż ja również mam te narzędzia, umiem pisać nuty, znam harmonię klasyczną. Jednak dla mnie proces twórczy jest intuicyjny. Na bazie nastroju i tego co we mnie rezonuje pojawiają się słowa. Często są to opowieści zaczerpnięte ze snów.

Swoją drogą, w tym kontekście ciekawi mnie opis piosenki „Stare Drzewo”. Zupełnie nie mogłam odnaleźć informacji o waszej inspiracji. Kanon, którym się inspirowaliście jest autorstwa…?

Magda: Kubiczka. To kompozytor z XIX lub XX wieku i bardzo stary kanon po niemiecku, który został przetłumaczony przez naszych przyjaciół z teatru. Jednak my zrobiliśmy go zupełnie na inną melodię.

Co oznacza praca motywiczna? Magda wspominała o tym przy wątkach ludowych w waszej twórczości.

Magda: Tak, to jest pytanie z worka: klasyczne wykształcenie. Najprościej mówiąc – organizacja materiału muzycznego występuje na dwa sposoby. Można na przykład robić to na zasadzie szeregowania, czyli motyw pierwszy, motyw drugi, motyw trzeci, które sklejamy. A może być praca motywiczna, czyli mamy jeden konkretny motyw, który ulega przekształceniu.

Jako człowiek, który swoją edukację muzyczną zakończył na F-durze, podejrzewam, że to drugie to właśnie sposób działania UGLI.

Magda: Właśnie tak! Ja korzystam z loopera na scenie, więc to determinuje powtarzalność motywów. To jest też typowe dla muzyki ludowej, czyli jakieś krótkie klocki, które się rozbudowują.

Czerpiecie też z ludowych i pierwotnych inspiracji w swoim wizerunku.

Sebastian: Malowanie się przed koncertem to już nasz rytuał. Ubieramy maski, wychodzimy na scenę jak na wojnę.

Michał: Jest w tym coś teatralnego i bardzo pierwotnego. Tu chodzi też o proces przeistoczenia się, zakładasz maskę w jakimś szczególnym celu. To moment przeistoczenia się i rodzaj szczególnej obecności na scenie, ponieważ nie jesteśmy na niej prywatnie. Tworzymy tam swój mikroświat.

Sny, tajemnice, pierwotność. Jesteście trochę szamańsko-oniryczni!

Magda: Tak. Tworzymy sowią muzykę.

Rozmawiała: Joanna Hała


ugla to kwartet, którego liderką, autorką muzyki i tekstów jest Magdalena Sowul – wokalistka i klarnecistka z klasycznym wykształceniem, jednocześnie poszukująca alternatywnych form ekspresji dźwiękowej. Laureatka 47 Festiwalu FAMA 2017 w kategorii Wokaliści.

Zespół wykorzystuje akustyczne instrumentarium i wykonuje autorskie piosenki łącząc transową energię z delikatnością. W warstwie kompozycyjnej bazują na technice live loopingu – zapętlania, przetwarzania i nakładania na siebie kolejnych warstw prostych motywów. W ich brzmieniu inspiracje muzyką ludową różnych kultur mieszają się z minimalizmem, tradycja pieśniarska z elektroniką i awangardowym eksperymentem.

Zespół tworzą:
Magdalena Sowul – śpiew, klarnet, OP-1, looper
Sebastian Świąder – skrzypce, looper
Maciej Wróbel – perkusja
Michał Mościcki – kontrabas

Dodaj komentarz