fot. Marta Nowicka

O flircie z piosenką. Sławomir Przybył

Podczas rozmowy z Przybyłem niejednokrotnie zwracam uwagę na dwa słowa – „tradycja” i „pokora”. W kontekście jego twórczości te dwa elementy wydają się być niezwykle istotne. Tworzone przez niego piosenki/ballady/pieśni są angażujące i wymagające skupienia. Piotr „Dziki” Chancewicz (produkował m.in. dla Marii Peszek czy Voo Voo) po przesłuchaniu demówki oddzwonił do Przybyła i stwierdził: „dziwne to, ale robimy”. We współpracy z Dzikim w 2017 roku powstała płyta „Megafon”, która oficjalnie ukaże się jesienią. Jednak utwory, które się na niej znajdują można już usłyszeć na pełnych improwizacji koncertach.

Kiedy piszę do Przybyła z pytaniem o możliwość rozmowy, jest jeden z najbardziej upalnych dni lata – wszyscy marzą o zimnie wiatraków i klimatyzacji, mniej o wywiadach z portalem, który jeszcze nie istnieje. Byłam przygotowana na wiele pytań, jednak otrzymałam tylko jedno: „Wyjeżdżam na wakacje – czy możemy spotkać się jak najszybciej?”. Tym sposobem widzę się z nim już kolejnego dnia.

Z jego piosenkami jest trochę jak z słuchaniem inteligentnych opowieści drugiej nad ranem. Trzeba jednak zaznaczyć, że przy barze, w jednym z miejskich pubów. Z jednej strony porusza tematy ważne, z drugiej nie ma w tym humanistycznego nadęcia. Z lekkością przeskakuje z lirycznej Ballady o Pannie Tajemicy”, gdzie nawiązuje do naszej tradycji kulturowej, do Nocnego tramwaju”, w którym opisuje (ale jak!) podróż z imprezy.

Zamiłowanie do tekstu wziął ze swoich osiedlowych hip-hopowych przygód. Jak sam mówi, coś przestało się zgadzać, kiedy zaczął rapować do riffów na gitarze klasycznej. Teraz tworzy prowokujące i rozimprowizowane piosenki, w których łączy tematy uniwersalne z ulicznym slangiem, a jego muzyka coraz częściej doceniana jest przez jurorów. Na koncertach Przybyła usłyszycie charyzmatyczny głos, dwie gitary, kontrabas, trąbkę, skrzypce, akordeon, instrumenty klawiszowe, perkusję i trochę magii, o której Sławek opowiada mi podczas naszej rozmowy.

Joanna Hała: Podoba mi się sposób, w jaki mówisz i piszesz o swoich utworach. Podkreślasz, że tworzysz „piosenki”, często mówisz o „pieśniach”. Z czego wynika to nazewnictwo i dlaczego jest dla ciebie tak ważne?

Sławomir Przybył: Piosenka jest formą, która ma swoją wielką tradycję. Mówi się, że Stonesi dali piosence rock’n’rolla, a Bob Dylan dał jej filozofię. Właśnie wtedy piosenka zaczęła wtedy flirtować z poezją. To, że Dylan dostał Nagrodę Nobla było czymś bardzo symptomatycznym jeśli chodzi o piosenkę w ogóle. Chciałbym aby była ona ciągle formą interesującą, która nie zamyka się w przysłowiowym refrenie i zwrotce, tylko skłania ku elastycznemu myśleniu o muzyce. Ciechowski, Dylan czy Waits flirtowali z piosenką, nie tworzyli rzeczy przewidywalnych, a każde wykonanie na żywo generowało spontaniczne zmiany. W mojej twórczości nie interesuje mnie powierzchowność i powtarzalność. Jeśli ktoś przychodzi na mój koncert musi mieć świadomość, że następnym razem pieśni wybrzmią zupełnie inaczej. I to jest cała magia, do której dążymy wraz z zespołem, bo tylko dzięki niej nasze granie będzie miało sens.

Czyli chcesz stanowić kontrę do zaplanowanych w każdej minucie koncertów i ogromnej dbałości o scenariusze?

Wiesz, ja szanuję takie podejście, jednak nie interesuje mnie ono artystycznie. Wolę czerpać z tradycji muzykowania lat 70-tych, gdy wszystko w rock’n’rollu było nieprzewidziane. W moim odczuciu trzeba pozwolić sobie na margines błędu. Stańko kiedyś stwierdził, że improwizacja jest prawem do popełnienia pomyłki. Pytanie brzmi – jak ten błąd uargumentujesz? Co zrobisz, gdy zagrasz fałszywą nutę lub wypadniesz z rytmu? Odpowiedź według niego jest prosta: publiczność musi potraktować to jako wartość, nie jak błąd. W tym zawiera się cała magia.

Nie ukrywajmy „Megafon” to materiał ambitny i jednocześnie muzycznym klimatem różni się od trendów na polskiej scenie muzycznej. A jednak wygrałeś jarocińskie Rytmy Młodych i jedną z głównych nagród na Famie.

Cały czas borykamy się z takimi spostrzeżeniami. Ludzie mówią nam, że zagraliśmy piękny koncert, jednocześnie pytając z obawą w jaki sposób chcemy sprzedać ten materiał i pchnąć w Polskę. Zdradzę ci, że w tamtym roku startowałem do Jarocina z utworami z „Megafonu” i nie przeszliśmy nawet pierwszego etapu. Mam świadomość, że prezentujemy dziwny materiał i niezdefiniowaną formułę piosenki. Jednak teraz chwyciło i w Jarocinie, i na Famie. Fama to specyficzny festiwal i taka jest jego publiczność – w końcu w większości to muzycy. Najtrudniejszy w tych dwóch festiwalach był dla mnie etap głosowania internetowego. Jednak kiedy w ramach Rytmów Młodych mogliśmy zaprezentować się w studiu Osieckiej byłem już spokojny. Czułem, że kiedy tylko zaczniemy grać będziemy już „u siebie”.

Wiem, że w tym roku miałeś okazję dzielić scenę z Wojtkiem Mazolewskim, jammujesz i nagrywasz z Piotrem Banachem, a „Megafon” wyprodukował sam Piotr „Dziki” Chancewicz. Są dla ciebie autorytetami?

Wiem, że podczas tych spotkań muszę ich uważnie słuchać i czerpać wiedzę z naszych rozmów – w tym sensie oni odgrywają rolę autorytetu. Jednak moi starsi koledzy, czyli Banach i Dziki przebrnęli przez swoja drogę na własny sposób. Cała filozofia musi opierać się o pokorę i szacunek dla tych spotkań, jednak żeby zachować świeżość muszę działać intuicyjnie i sam iść przez tę historię. O całokształcie zadecyduję sam. Myślę, że w tej branży każdy jest sam.

Intryguje mnie to, w jaki sposób z hip-hopowego chłopaka z osiedla stałeś się songwriterem z gitarą klasyczną.

Tak naprawdę jestem zlepkiem człowieka, który wychował się na muzyce rockowej, ale jednocześnie jest również pokoleniem rewolucji hip-hopowej. Tata puszczał mi Black Sabbath i Deep Purple, a kuzyni przynosili kasety Kalibra 44 i Paktofoniki. Hip-hop to był dla mnie bunt w kwestii formalnej. Nie było wtedy jeszcze internetu, wszyscy siedzieliśmy na podwórku, freestylowaliśmy i jeździliśmy rapować na działkę. Pamiętam jednak, że niejednokrotnie na posiedzeniach ze znajomymi rapowałem do gitary, co było dziwne dla chłopaków z osiedla i środowiska hip-hopowego. Jednak bardzo im się to podobało, choć oczywiście coś nie grało w tym połączeniu. Na gitarze klasycznej gram od 15 lat, uczyłem się między innymi od doktora Henryka Kasperczaka*, wykładowcy z Akademii Muzycznej. Całe moje hip-hopowe granie przeszły z czasem w bardziej świadome działanie. Mój kolega miał bitmaszyne i samplował polski jazz inspirujac się muzyką takich zespołów jak miedzy innymi duet Skalpel. Nagrałem z nim podziemną płytkę z świadomymi tekstami – wszystko zostało puszczone w osiedle i eter.

Inspirowali cię raperzy z miasta i osiedla?

Z jednej strony tak, ale z drugiej nasze fascynacje były przeróżne. Zachwyciliśmy się z kumplem kalifornijską wytwórnią Stones Throw, czyli alternatywą hip-hopową, teoretycznie wyrafinowaną. Staraliśmy się tworzyć muzykę, która nie będzie szufladką.

To kiedy przyszedł moment, w którym zacząłeś grać ballady?

Jakieś 7 lat temu inspiracji muzycznych było coraz więcej i pojawiały się tak nieoczywiste w kontekście osiedlowego rapu postaci jak Leonard Cohen, Bob Dylan czy Tom Waits. Nie umiem uchwycić dokładnego momentu, w którym z rapu przeszedłem do tworzenia piosenek w nastroju songwriterskim. Gdy pisałem tekst, nabierał on innego charakteru – w warstwie lirycznej był oparty o warsztat tworzenia hip-hopu, ale już miał zupełnie nowy klimat jeśli chodzi o muzykę. Pierwszą płytę skomponowałem mając tylko gitarę i tekst.

Sam jesteś autorem całego materiału?

Kiedyś do dobrej piosenki potrzebowaliśmy trzech talentów: dobrego kompozytora, znakomitego tekściarza i dobrej wokalistki. Teraz piosenka została zbanalizowana przez to, że każdy może sobie usiąść, napisać tekst, melodię i dodatkowo wyprodukować. Unikałbym tej drogi. W nagraniu płyty uczestniczyło ponad 7 muzyków – ja nadawałem im główny motyw, a każdy z nich swoim własnym językiem go interpretował. Stworzyliśmy „Megafon” razem. Wiesz, ja doskonale zdaję sobie sprawę, że w piosence autorskiej trzeba bardzo uważać by nie trącić banałem w tym co się muzycznie robi, Jestem świadomy tradycji polskiej piosenki i podchodzę do niej w olbrzymim szacunkiem.

* dr Henryk Kasperczak – lutnista, muzykolog, wykładowca poznańskiej Akademii Muzycznej.


PRZYBYŁ – projekt gitarzysty, autora piosenek i tekściarza Sławomira Przybyła. W 2013 roku zaprosił on do współpracy wywodzących się z różnych nurtów muzycznych oraz zespołów instrumentalistów z Wielkopolski, z którymi tworzy rozimprowizowany zespół grający pieśni. Producentem debiutanckiej płyty Przybyła jest Piotr „Dziki” Chancewicz, który znany jest z produkcji m.in. pierwszej płyty Marii Peszek – „Miasto Mania” czy wieloletniej współpracy z Wojtkiem Waglewskim oraz zespołem Voo Voo). Nagrania zostały zrealizowane w warszawskim Media Studio (zwanym również Voo Voo Studio).

Przez pierwsze lata muzycznej działalności związany był z poznańską, alternatywną sceną hip-hopową realizując swoje projekty inspirowane takimi artystami jak: Madlib, J-Dilla oraz Skalpel.  Materiał „Megafon” będzie miał swoją  oficjalną premierę jesienią 2018 roku.

Tekst: Joanna Hała

Fotografia główna: Marta Nowicka

Dodaj komentarz